Chyba przyszedł czas na coś pozytywnego…
Tak wiem, może być trudno, ale czuję, że tego potrzebuję. Akurat jestem w długim procesie pisania tekstu o neokomunie część druga i… muszę sobie zrobić odskocznię. Bo pisać mam ochotę, ale jednak nie mam nastroju na ciągłe negatywy. Oczywiście świat mnie niepomiernie wkurwia i daje się we znaki każdego dnia. Natomiast zauważyłem, że jego ekspansja jest o wiele mniejsza, bo… nie jestem szewcem, który chodzi boso i to, co piszę w moich tekstach na temat metod „walki”, to nie puste frazesy, a zabiegi, które naprawdę działają.
Możliwe więc, że to za ich zasługą odczucia spokoju, chilloutu i rozluźnienia towarzyszą mi tak często, że obecnie ciężko jest mi się skupić na z rozpędu rozpoczętym eseju o neokomunie.
Nawet teraz, siedząc w kabinie z laptopem na kierownicy, z lewą nogą podpartą o kokpit, siedzę i mam taki lekki, pozytywny nastrój.
Dlaczego tak jest?
Przede wszystkim zacznę od podstaw. Parę lat temu spotkałem się w trasie z koleżanką po fachu. Chcąc zobaczyć w końcu, jak wygląda Volvo FH w środku, kiedy dojechała, wsiadłem na fotel pasażera i zauważyłem, że jeszcze nie zgasiła silnika, a już zasłaniała zasłonki. To jej złota zasada, którą od tamtej pory przejąłem i stosuję, gdy tylko stoję, niezależnie, czy to pauza, oczekiwanie na wjazd, załadunek, rozładunek, czy – tak jak teraz – oczekiwanie na oclenie.
To podstawa idealnie pasująca do wspomnianej przeze mnie już wiele lat temu zasady, że jeśli nie muszę, to nie integruję się z innymi kierowcami. Zasłonki cudownie mnie izolują od nich i od całego świata.
I tu muszę zauważyć, że to nie są zwykłe, fabryczne zasłonki. Te leżą złożone i zapakowane w szczelną torbę strunową w schowku. Były za krótkie i za jasne, a patenty, by je utrzymać w ryzach tak, by wiatr przy uchylonych oknach ich nie rozsunął, zaczęły mnie męczyć. Nabyłem więc inne – czarne, o wiele za długie i szerokie. Teraz mam ciemno, szczelnie, z dużym zapasem, a po złożeniu tworzy się piękny plis. Ten mogę przesuwać od mojej strony w czasie jazdy, tak że jak ktoś mnie wyprzedza i ma ten unikalny moment, by zajrzeć do mojej kabiny, widzi zasłonkę i mojego kotka gniotka, który patrzy na niego z miną pod tytułem „nie interesuj się, bo… kociej mordy dostaniesz”.
Jeśli chcę światło za dnia, to albo odsuwam część od strony, gdzie nie stoją inne zestawy, albo odsuwam zasłonę szyberdachu. To takie górne-dolne światło, a w nocy, oprócz typowych lamp fabrycznych, mam dwie ledowe na USB z klipsem. Spokojnie wystarczają, by zrobić papiery, podświetlić sobie mój kącik kuchenny, robiąc posiłek, i ogólnie orientować się po kabinie.
Zresztą do orientacji wystarczą małe światełka w „elektrowni” i ekrany od tabletu czy smartfona.
Izolacja, jaką dają zasłonki, działa idealnie i prywatność przerywana jest tylko w ekstremalnych przypadkach, ale te na szczęście są bardzo rzadkie. Tym bardziej że kiedy wiem, że ekipa od załadunku będzie ode mnie coś chciała, za szybę wkładam laminat z informacją, że mogą mnie spokojnie budzić, a jeśli pukanie w drzwi nic nie daje, to mają numer telefonu. A ten zawsze jest naładowany.
Brak komunikacji ze światem zewnętrznym okolicznym powoduje, że nie muszę wchodzić w interakcje z innymi kierowcami, cieciami, magazynierami etc. Omija mnie w ten sposób jałowa dyskusja, słuchanie gorzkich żali, które w większości przypadków są efektem lenistwa podmiotów lirycznych i jakąś niepisaną prośbą, bym ja coś z tym zrobił. W dodatku widzę często, że gdyby mogli, to by prosili o wiele rzeczy, bo wszystkiego im brakuje. Skończyło się i teraz moją izolacją dbam o ich niezależność.
Opisałem już etap odizolowania się od zewnątrz, przejdźmy więc do wnętrza, bo tu zaczyna się dopiero wszystko, co najważniejsze do wypoczynku, relaksu i zaspokojenia podstawowych potrzeb.
Oczywiście priorytetem jest sen. Więc jeśli plan jest napięty i czas na więcej nie pozwala, to po prostu idę spać. Nie każdy zdaje sobie sprawę, jak ważny jest komfort snu. Jeśli w miejscu, gdzie jestem, nie ma prysznica, to obowiązkowo przebieram się w czystą bieliznę. Możliwe, że tutaj kryje się odpowiedź, dlaczego zawsze mam ze sobą podróżną torbę z ciuchami. Ona po prostu musi być, bo to moja szafa, gdzie zawsze czeka na mnie komplet ubrań na każdy dzień i dodatkowy zapas, bo jak pokazało życie, jest on bardzo przydatny.
Fabryczny materac w ciężarówce Ford F-Max sprawiał, że ciężko mi się zasypiało. Nie jest uszkodzony czy zużyty, ale po prostu jego konstrukcja nie jest skrojona dla mnie. Parę lat temu, jeżdżąc MAN-em TGX, kupiłem materac na zamówienie, bo tamten to była tragedia. I właśnie ten materac położyłem na ten z Forda. Fakt, może jest delikatnie węższy, ale za to jak się wygodnie śpi. Tym bardziej że poduszki też mam dobrze dobrane. To jednak nie wszystko.
Miło wspominam Scanię R410 Streamline, gdzie fotel pasażera po złożeniu tworzył stolik z uchwytami na kubki. To było coś i pozwalało na gotowanie czy położenie smartfona i fajki obok łóżka na noc. Niestety inne ciężarówki (oprócz nowego MAN-a, z tego co się orientuję) nie posiadają takiego udogodnienia. Więc pozostaje tylko odchylenie oparcia pod kątem i nic więcej.
Jeszcze do niedawna w trójkątną przestrzeń między łóżkiem a oparciem wkładałem wielką poduszkę dekoracyjną. Niedawno się to zmieniło, bo bardzo niskim kosztem nabyłem organizer dedykowany samochodom osobowym na oparcie, by pasażerowie z tyłu mieli schowki i, co najważniejsze – stolik.
Dokładnie tak: mały, materiałowy, ale za to regulowany i otoczony specjalnym rantem z materiału, by nic z niego nie spadło. I działa pięknie, tym bardziej że paski pozwalają na ustawienie poziomu. Dzięki niemu nie dość, że na noc mam tam moje dwa smartfony i fajkę, to jeszcze… do łask wrócił poprzedni tablet Lenovo TAB4. Tyle lat służył jako nawigacja, a po zakupie nowego odłożyłem go do pudełka. Teraz dzięki niemu mogę oglądać czy to YouTube, czy to telewizję. Nie dość, że ekran jest większy niż w smartfonie, to w dodatku opaska zaczęła lepiej sczytywać sen, bo jak włączałem coś do snu, to aplikacja myślała, że nie śpię, bo przecież oglądałem wywiad na YouTube…
Tak, to było głupie, ale problem został wyeliminowany. Tutaj przechodzę do kolejnej ważnej kwestii, jeśli chodzi o spokój i relaks.
Kiedyś wieczorem lubiłem nadrabiać zaległości z kanałów tematycznych dotyczących m.in. gospodarki. Teraz jeśli już to nadrabiam, to słuchając w drodze. Noc jest od spania i dlatego też puszczam sobie różne filmy ASMR, dźwięki deszczu czy muzykę relaksacyjną, a czasem po prostu biały lub brązowy szum (choć właściwie to to samo). To działa rozluźniająco i usypiająco – oczywiście nie od razu, ale jak już „ulula”, to śpi się jak suseł. Jeśli ktoś liczy na to, że włączy sobie coś takiego i odleci od razu, to może się srogo zawieść. Cierpliwi natomiast docenią tę metodę, szczególnie że dźwięki deszczu, burzy czy też biały lub brązowy szum sprawiają, że na zewnątrz mogą chodzić agregaty chłodnicze, kucie metalu w fabrykach i inne niepozwalające zasnąć dźwięki. A my mamy akustyczną izolację i to jest pierwszy etap zasypiania.
Czasem się łapię na tym, że jak przebudzę się w nocy i słyszę moje ulubione treści ASMR, to jest ten moment, że zastanawiam się, czy jestem w domu, czy w kabinie. To miłe odczucie, bo dzięki niemu wiem, że odpowiednio zadbałem o mój komfort snu.
Wspomniałem o nadrabianiu zaległości w wysłuchiwaniu aktualności z moich ulubionych kanałów w czasie jazdy. No cóż, czasem potem to robię, a najczęściej sobie odpuszczam. Dlaczego?
Tu przechodzimy chyba do najważniejszej części, czyli odbieranych treści. Nie będę hipokrytą, który mówi, że w ogóle radia nie słucha, ale częstotliwość odbioru spadła do naprawdę małego procenta. Mam oczywiście swoje ulubione stacje i audycje, ale najczęściej odbieram je z aplikacji, a tylko z przypadku szukam czegoś na skali.
To świadoma decyzja, bo to, co dosłownie atakuje nas z eteru i internetu, może przyprawić o głęboką depresję i negatywne myślenie. Dlatego też czasami słucham, co nowego się wydarzyło, a najczęściej po prostu włączam sobie muzykę. Co bardzo ciekawe, aplikacja streamingowa oprócz odtworzenia interesującego mnie utworu, bądź albumu potem sama proponuje coś od siebie i ku mojemu zaskoczeniu są to naprawdę ciekawe rzeczy. Z jednej strony nowości, które udowadniają, że muzyka się jeszcze nie skończyła, tak jak pokazują to komercyjne stacje radiowe, z drugiej – kawałki, których nie słyszałem czasami nawet 30 lat.
Dzień się kończy o wiele spokojniej, gdy nie dopuszczam do siebie tej całej papki z mediów, gdzie jedni przekrzykują drugich, wszyscy się obrażają, hejt wylewa się strumieniami, a to wszystko okraszone jest propagandą. O wiele lepiej kłaść się do łóżka, wiedząc, że tego dnia wysłuchało się pozytywnych treści.
Zauważyłem też po sobie, że oprócz rocka czy metalu coraz częściej słucham łagodniejszej, pozytywnej, chillowej muzyki. Czasem, kiedy takowa leci, o wiele fajniej wpada mi się w trans drogi i jazda jest o wiele przyjemniejsza.
Muzyka to jedna z najważniejszych dla mnie rzeczy w trasie, ale nie samą muzyką człowiek żyje. Dotarło do mnie, że jestem nie tylko pragmatyczny, ale także wygodny i te obie cechy daje się połączyć. Wszystko można zrobić, tylko trzeba pomyśleć. Dlatego jeśli mogę sobie jakoś poprawić jakość życia w drodze, to nawet się nie zastanawiam i po prostu to robię.
Dla przykładu: siedzę teraz na macie koralikowej, którą mam na siedzeniu, laptop leży na pokrowcu skórzanym na kierownicy. Pod moimi stopami mata dywanikowa, pikowana. Kupiona niedawno, bo do szewskiej pasji doprowadzało mnie przywracanie podłogi do „stanu fabrycznego” i stawała się coraz mniej odporna na środki czystości. Dywaniki nie dość, że tworzą przyjemną, domową atmosferę przytulności, są ciepłe i miło z rana stawia się na nich stopę, to najważniejsze jest to, że są genialnie proste w utrzymaniu czystości. Wystarczy psiknąć sprężonym powietrzem, przetrzeć wilgotną szmatą i gotowe. Oczywiście raz na jakiś czas należy je zdjąć i wysprzątać oryginalną podłogę, ale jest to łatwiejsze i robi się to rzadko.
Jest jeszcze inna kwestia, do której wielu przykłada marginalną wagę, a czasem żadną. A jest nią zapach! Tak, zapach to kolejny ważny aspekt życia w kabinie, gdyż na jego specyfikę ma wpływ wszystko, co się dzieje w środku, a zwłaszcza gotowanie. Fakt, że cała egzystencja odbywa się na bardzo małej przestrzeni, ma w sobie przełożenie w tym, że cokolwiek się nie robi, oddziałuje to na jakość i zapach powietrza w środku. Owszem, fajnie jest sobie podgrzewać boczek czy kroić suchą krakowską w kostkę, a potem podsmażać do lekkiego zwęglenia, by potem wlać rozmieszane w kubku jajka, zjeść ze smakiem i poprawić to świeżą kawą z kawiarki. Kabina to jednak nie kuchnia i nie ma tutaj okapu z wentylatorem.
Oczywiście podczas gotowania szyby są uchylone w dół, a szyberdach podniesiony, ale to nie zmienia faktu, że zapach tego, co się przyrządzało, unosi się w tej przestrzeni jeszcze długo po tym, jak kuchenka i kawiarka wystygły i na powrót trafiły do schowka. Dlatego na pierwszy plan idą tradycyjne odświeżacze łazienkowe w sprayu. Ich zaletą jest to, że najpierw pochłaniają wszystkie inne zapachy, a dopiero potem uwydatniają swój. Ja stosuję zapach morski, bo wszystkie lawendy, cytryny czy „świeża pościel” zajeżdżają mi czystą chemią. Dodatkowo mam na stałe w drzwiach pasażera zapach „z knotem” i na stoliku perełki zapachowe. Wszystko oczywiście w nucie zapachu morskiego. Jednak to nie koniec.
W moim „nowym” samochodzie osobowym stosuję perfumy, które poleciła mi znajoma. Fajne jest to, że w zestawie jest specjalna deseczka, od nowości nasączona tymi perfumami. Jak się zapach skończy, to wystarczy tę deseczkę popsikać i powiesić z powrotem. Dzięki temu, że wisi swobodnie, zapach rozprzestrzenia się efektywniej. Tak samo zrobiłem z kabiną ciężarówki, bo deseczka wisi sobie na przyssawce na szybie i efekt perfum jest uwydatniany podczas jazdy. Oczywiście instrukcja mówi, że można też popsikać dywaniki, co też po czyszczeniu robię.
Tak więc gdy staję na pauzę, zasłaniam zasłonki, to już w tym momencie klimat zmienia się z trybu jazdy i pracy na przestrzeń, w której można odpocząć, spokojnie zjeść i poczuć chociaż namiastkę domowej atmosfery.
Kilka prostych wniosków i kroków, których realizacja wcale tak dużo nie kosztowała, a różnica jest diametralna. Zresztą wystarczy zagłębić się w porady psychologiczne, by samemu dojść do wniosku, że specjaliści sami mówią o tym, jak czasami drobne detale mogą mieć niebagatelnie duży wpływ na nasze samopoczucie. A w tym wypadku chodzi o to, by czuć się dobrze, mieć wygodnie i komfortowo.
O wiele lepiej się wstaje, gdy czujesz, że przestrzeń wokół Ciebie jest „twoja” i że odpowiednio o nią zadbałeś. Nie że to twardy poranek w kabinie, gdzie wszystko przypomina Ci o tym, że przed Tobą jazda i tak do piątku. Tutaj musi być przyjemnie i komfortowo. Inaczej bym zwariował.
Oczywiście każdy kierowca ma swoje podejście, swoje pomysły i swoją wizję, jak zagospodarować wnętrze kabiny. Auta, które nie jest jego własnością, a jednak spędza w nim więcej czasu niż w domu.
Dlatego ja wychodzę z założenia, że to, jakby nie patrzeć, jest mój dom w dni powszednie. Zresztą wspominam lata 90., gdzie czasopismo Trucker, potem przemianowane na Polski Traker, miało dział z historiami kierowców. Na jednym zdjęciu kierowca stał przed DAF-em XF95, a na szybie miał naklejkę „Moja kabina, mój dom”. Zobaczyłem to jeszcze, będąc w liceum, ale już wiedząc, co będę robił w przyszłości.
Tak więc ten mój dom to miejsce, gdzie przez pięć dni żyję, więc to ode mnie zależy, jak będę miał w środku. Czy będzie tu czysto, przejrzyście, z rozmysłem i pomyślunkiem. Oczywiście mała przestrzeń ma to do siebie, że wystarczy, iż jedna lub dwie rzeczy zmienią swoje położenie, i już jest bałagan. Do tego to zdziwienie niektórych, ile rzeczy mam w środku. A tu paradoks jest taki, że zauważyłem, że im więcej potrzebnych rzeczy mam, tym lepszy jest porządek i rozsądniej rozlokowane jest to w środku, co powoduje, że wydaje się, iż wszystkiego jest mniej, niż mogłoby się wydawać. To się nazywa optymalizacja, którą najpierw sobie założyłem, a potem zacząłem realizować. Oczywiście jeśli robię porządki i research, co mi jest potrzebne, a co nie, to nie mam litości i jest ostra selekcja. Co innego wożę zimą, a co innego latem. Wiadomo, że taki wiatrak chłodzący na okres zimny trafia do specjalnego miejsca w domu, gdzie trzymam to, co akurat teraz nie jest niezbędne, ale będzie potrzebne potem.
Z aktualnych rzeczy do domu trafił czajnik i pokrywka od nowego garnka do gotowania jajek. Dostałem zestaw turystyczny do gotowania i jest tam garnek, patelnia, pokrywka i… czajniczek. Wszystko kompaktowe i sam czajnik mieści się w garnku, a na to jeszcze pokrywka i na dole patelnia. A co do pokrywki, to mam taką uniwersalną, więc widać, że niby zestaw do gotowania powiększony, a jednak miejsce oszczędzone.
Jako że mija rok od wprowadzenia systemu kaucyjnego, a ja, zanim jeszcze wszedł, nabyłem saturatory i pompki do butelek 5 l, to teraz mogę przedstawić wnioski po tym czasie. Według uśrednionych w dół wyliczeń wynika, że przez ten rok oszczędziłem 520 zł! Tak, tyle oszczędziłem, używając wody z 5-litrowych baniaków zamiast kupować wodę mineralną czy też źródlaną w butelkach 1,5 l w zgrzewkach. No i odpadł ogromny problem walających się pustych butelek po kabinie oraz ich ciągłej utylizacji, czyli zgniatania i wyrzucania do worka na śmieci. To zresztą zużywało też dużo worków, bo butelki, nawet dobrze zgniecione, zabierają tam dużo miejsca. Nie wspominając o tym, że nie muszę jak jakiś żul chodzić z workiem do tych śmierdzących butelkomatów, gdzie kolejka „straceńców” czeka, by móc skorzystać, chcąc odzyskać te parę groszy. I trzeba czekać, zakładając, że w ogóle to ustrojstwo będzie działać i przyjmować butelki. Mnie to na szczęście nie dotyczy, a w dodatku 5-litrowe butelki dostają drugie życie, gdyż używam ich do tzw. zlewek. Dzięki temu nie jestem jak inni kierowcy, co wszystko wylewają za okno. Potem widzi się plamy po kawie, po tłuszczu od smażenia etc. U mnie wszystko idzie do butelek i potem wylewam je w miejscach np. leśnych, by dopiero zgnieść i wyrzucić.
Używanie 5-litrowych baniaków jest także dobrym punktem obserwacji, ile człowiek zużywa na co dzień wody. Mnie samego zaskoczyło, ile jej idzie na przygotowanie jajek na miękko lub twardo, od momentu zalania ich w garnku po całkowite wystudzenie. Lejąc w umywalce wodę z kranu, nie dostrzega się ilości, bo po prostu sobie leci. A tak to doskonale widać, ile jej trzeba, by przygotować pełnoprawny posiłek. Toteż gdy jedna się kończy, to już sięgam spod łóżka nie po jedną, ale po dwie nowe, bo wiem, że i tak zaraz będzie trzeba mieć zapas w podorędziu.
Na początku wspomniałem o zasłonkach i ich zasuwaniu od razu po zgaszeniu silnika. To nie wszystko, bo mam to szczęście, że ciężarówka, którą jeżdżę, ma na suficie za linią siedzeń szynę do zasłonki. Udało się, o dziwo, szybko załatwić idealnie pasującą i bardzo tanią z second-handu. Oryginalna to kwota wyjęta z innej galaktyki, a tu wystarczyło ok. 5 zł i dokupienie żabek. Ta zasłonka pełni wiele funkcji. Pierwsza to, gdy wiem, że trzeba będzie czekać na wjazd i niby zaraz, ale jednak nie wiadomo ile. Można się walnąć na „kojo”, zasłonić i wiedzieć, że żaden cieć czy inny kierowca nie będzie łba zawracał. Gdy jest mega gorąco i przepalam silnik dla klimatyzacji, to zasłaniam się, by strumień zimnego powietrza nie walił prosto na mnie, co jest już wielokrotnie sprawdzoną metodą. Czasem trzeba też zabrać innego kierowcę, więc wtedy można to, co ma być dostępne dla innych oczu, położyć na górnym lub dolnym łóżku i zasłonić wszystko. A na co dzień zasłonka ta zasłania to, co mam na górnym łóżku, wzmagając poczucie estetyki wnętrza.
To też wpływa na mój komfort i relaks, bo nie lubię, jak coś nie jest na swoim miejscu albo razi po oczach, więc staram się, by było estetycznie i z zachowaniem odpowiednich proporcji.
Trzeba sobie również zdać sprawę, że ja trochę inaczej postrzegam przestrzeń w kabinie niż inni. Owszem, ta, którą zamieszkuję, to jedna z największych na europejskim rynku (czy największa, to nie wiem, ale nie będziemy kruszyć kopii o milimetry czy centymetry), jednak ja sam mam 195 cm wzrostu, więc siłą rzeczy sam zajmuję w niej sporo więcej przestrzeni niż niżsi kierowcy. Dlatego tym bardziej muszę angażować się w wykorzystanie potencjału, by przy poruszaniu się po wnętrzu o nic się nie potknąć albo czegoś nie przewrócić czy strącić. Właściwie ta świadomość powoduje, że wszystko wokół mnie ma nie tylko być w miejscu wyznaczonym i ma tu wyglądać estetycznie, ale w dodatku musi spełniać parametr bezpiecznego poruszania się. Bo nic nie wkurza bardziej niż wdepnięcie w coś albo strącenie czegoś, co wydawało się, że raczej spaść nie powinno…
Tutaj też pojawia się odwieczna walka z kablami. No niestety, jak się ma różne urządzenia na pokładzie, to trzeba je zasilać. A jeszcze nie wymyślono kabla bezprzewodowego, więc pozostaje mieć takie w ilości minimalnej, wystarczającej i tak je przeprowadzić, by miało to ręce i nogi. Tutaj dochodzę powoli do złotego środka, ale wiem, że jeszcze wiele przede mną metod, jak zrobić, by były, ale nie było ich aż tak widać, mimo że są posegregowane, przeprowadzone, jak tylko się da, w szczelinach i niewidocznych miejscach, a w dodatku wiele w złączonych wiązkach.
Sytuację ratuje to, że w ostatnim czasie na półce mam zamontowane dwa uchwyty na telefon, a poniżej, od gniazdek w kokpicie, wychodzą krótkie, 30-centymetrowe kabelki, które nie dość, że swoją długością nie przeszkadzają w codziennym życiu, to jeszcze ładują ekstra szybko, bo nie ma strat napięcia.
Jeszcze inną kwestią powiązaną z wszystkim, co opisałem powyżej, jest ta cudowna świadomość, że jeśli znajduję się w miejscu, gdzie otoczenie ma o sobie mniemanie wyższe niż odległość od Ziemi do Słońca i chce to jeszcze odpowiednio zamanifestować, traktując kierowców nie tyle jak zło konieczne, ale jak element do wyeliminowania, lubię odpowiedzieć odpowiednią ripostą. Otóż kiedy owa ekipa, która i tak nic nie robi bądź siedzi wygodnie za biurkiem, nagle ma przerwę na śniadanie i przyjeżdża catering, a ci zaczynają jeść z emanacją, że „jakie to jest ważne”, to ja również zaczynam posiłek, gdy już jestem odesłany do kabiny. I jeśli widzą mnie, to wtedy nie zasłaniam zasłonek, a ostentacyjnie zaczynam robić sobie posiłek.
Widok, jak robię sobie jajecznicę z omastą i nastawienie kawiarki na kuchenkę, powoduje wzburzenie – no bo jak to? To kierowcy coś jedzą i to na ciepło? Owszem, jedzą, a jak kawa już jest gotowa, to unoszę kawiarkę wysoko tak, by strumień ciemnej cieczy był widoczny w drodze do kubka, zanim zaleję ją mlekiem bez laktozy.
Może bym o tym nie wspomniał, ale dokładnie to wydarzyło się podczas pisania tego tekstu. I prowadzi do kolejnych wniosków. Kiedy wszystkimi możliwymi siłami i czynnikami dążysz do tego, że masz dobrze, to niektórych to nie rusza, inni są obojętni, jeszcze inni patrzą na ciebie jak sroka w gnat, ale są jeszcze tacy, których wkurwia to do szczętu.
Tylko że z biegiem czasu to już mnie przestaje ruszać, że ktoś ma z tym problem. Tak się bowiem składa, że im dłużej utrzymuje się stan komfortu, ciszy, nastroju, przyjemności i relaksu, tym bardziej zaczynam mieć na wszystko wyjebane. A im bardziej mam wyjebane, tym lepiej i sprawniej idzie praca. Tak jak na przykład teraz, bo to, że firma, w której „kwitnę”, miała przerwę śniadaniową, to jedno, drugie to fakt, że poza tym absolutnie nic się nie dzieje i nic nie idzie do przodu.
Jeszcze jakiś czas temu pewnie bym myślał o tym, jak cokolwiek przyspieszyć, kto wie, może chodziłbym co 5 minut pytać i prosić. Teraz, kiedy wiem, że wszystkie możliwe mechanizmy i procedury zostały wdrożone i ja więcej nie mogę nic, siedzę sobie i… piszę ten tekst.
Gra muzyka, obok stoi kubek z kawą, a jeszcze pięć minut temu paliło się kadzidełko. Tak, rzadko, bo rzadko, ale zdarza mi się takie zapalić. Dzieje się to tylko wtedy, kiedy czekam długo i wiem, że nie ma opcji, by nagle mieli mnie wezwać.
To między innymi dzięki temu, że mam coraz częściej i bardziej wyjebane, zacząłem dostrzegać, ile czasu dla siebie mogę wygospodarować i go odpowiednio dla mnie spożytkować. Na przykład coraz częściej wracając do pisania, czego bardzo mi brakowało.
Więc kiedy zastaje mnie sytuacja, że wiem, iż trzeba będzie poczekać, to zwalczam w sobie odruch bezwiednego czekania i zasłaniam zasłonki, myśląc, od czego tutaj zacząć: od posiłku czy po prostu się położyć i włączyć coś przyjemnego w odbiorze?
Kiedy stoję na parkingach firmowych i widzę inne ciężarówki i ich kierowców, to naprawdę zastanawiam się, jak oni tam żyją? Wiem, powtarzam się, ale to jest fenomen, bo czasami jedyne, co pokazuje, że ktoś tam egzystuje cały tydzień, to kalendarz i nawigacja. Zdaję sobie potem jednak sprawę, że wielu podchodzi do zawodu pod hasłem „odwalić swoje i mieć wyjebane”. I to jest ta różnica między kierowcami szeregowymi a tymi z powołania. Taki szeregowy nawet nie pomyśli o tym, jak sobie urządzić wnętrze i to jeszcze usprawniać. W mojej opinii smutne musi być życie kogoś, kto po prostu pracuje i będąc tydzień w kabinie, ma tylko przysłowiową torbę na kanapki.
Musiałem o tym wspomnieć, bo to też jest powód, dla którego zasłaniam zasłonki. Po prostu wolę się odciąć, wejść w ten mój świat, niż patrzeć i słuchać, jak wkoło są tacy sami, zgorzkniali i narzekający na swoją dolę „drajwerzy”, którzy myślą, że jak pożalą się swoją niedolą drugiemu, to nie dość, że ten ktoś ich wysłucha i zrozumie, to jakimś cudem sprawi, że jego los się zmieni. No nie, tak to nie działa. Poza tym, jak słyszę zdanie rozpoczynające się od słów „jak byłem na rozładunku/załadunku…”, to mnie chuj strzela, bo po prawdzie, co to mnie obchodzi, gdzie on był i co robił? Ja też byłem tam i tu i tego nie rozgłaszam jak ksiądz z ambony, a z jego ust to, że on tam był i się ładował, przekazywane jest takim tonem, jakby na tej ziemi nie było nigdy nic ważniejszego. Owszem, czasem dobre rady są w cenie, jak ktoś bez chwalenia się, co to z niego nie jest za kierowca, powie Ci, że „tam na tej firmie to uważaj albo zrób tak, jak będziesz w biurze”. To spoko, ale nie żałości kogoś, kto nie potrafi nawet zagadać z szefostwem, by go tak „nie ruchali w dupę”.
Dlatego ważne jest zasłonić zasłonki i włączyć muzykę. To odcina, robi barierę dźwiękową i pozwala nie dopuścić do siebie negatywnych emocji cierpiętników, którzy tylko czekają, by znaleźć towarzysza rozmowy, a po prawdzie – ofiarę dla swojej frustracji.
Jeśli jestem pewien, że stoję w miejscu, do którego nikt nie będzie miał obiekcji, to już pełen sukces. I tak samo jak ważne jest, by odciąć się od reszty oczekującego towarzystwa, tak samo ważne jest to, o czym wspominałem wcześniej, czyli niepozwolenie sobie, by komercyjne stacje radiowe i ich propagandowa treść plus oczywiście nachalne reklamy wdarły się do mojej przestrzeni.
Pisząc ten tekst, mamy drugą połowę września, a ja sobie siedzę, cieszę się tym, że raz jest słońce, a raz wieje przyjemny, chłodny wiatr i czasem popada i pięknie wszystko schłodzi. I to, że jednak jeszcze jest lato, co prawda parę dni, ale jeszcze. I nie słyszę muzyki stworzonej przez resortowych artystów, przeplatanej reklamami spod hasła „przewiało cię?”.
Co jeszcze ciekawsze, algorytm muzyczny aplikacji, z której słucham muzyki, nieźle się wytrenował i podsuwa mi coraz lepszą muzykę, idealnie pasującą do tego, by utrzymać pozytywny, spokojny nastrój. Sam nie raz jestem zaskoczony tym, co mi podsyła i proponuje. Dużo z tego idzie do „ulubionych”, a to daje mu sygnał do kolejnych poszukiwań i propozycji. I nie, to nie jest tak, że porzuciłem metal i rock. Nic z tych rzeczy, po prostu do każdej muzyki trzeba mieć nastrój i ochotę. A cięższe brzmienia lepiej sprawdzają się w drodze niż na postoju.
Dodatkowo, jeśli w czasie postoju korzystam z laptopa, to łączę się nim za pomocą Bluetooth z systemem audio ciężarówki. Kabinowe nagłośnienie jest najlepsze i wygrywa czy to z głośniczkami laptopa, czy nawet z głośnikiem Bluetooth. Owszem, Dell to dobry sprzęt, ale nawet on ma głośniki typowo laptopowe, czyli potocznie zwane „pierdziołki”, chociaż w jego przypadku to trochę krzywda, bo gra naprawdę zacnie. No ale co głośniki w aucie, to głośniki w aucie.
Do głośnika Bluetooth jest za to podłączony tablet, który mam przy łóżku. I co najciekawsze, gra on nawet nie na połowie swoich możliwości. Wtedy dźwięk jest bardzo przestrzenny, miękki i soczysty. Idealny do dźwięków burzy, deszczu, wiatru czy chociażby ASMR o różnej tematyce. A sam głośnik to też ciekawy temat, bo kupiony ponad 5 lat temu. To był trzeci głośnik, który kupiłem do kabiny, i pierwszy, w którym port micro USB nie wyrwał się i działa na nim ładowanie po dziś dzień. A gra jak zaraz po wyjęciu z pudełka, więc póki będzie grał, nie zamierzam go wymieniać na nic innego, chociaż na wyjazdy w plener mam już JBL-a, który już był podpinany zarówno pod smartfona, jak i pod tablet. Odkąd muzyka czy filmy lecą z tabletu, ja mogę korzystać ze smartfona i jak jest coś interesującego, to mogę odtworzyć bez irytującego przerywania odtwarzania muzyki w tle, której odtwarzanie nie zawsze jest przywracane po obejrzeniu np. śmiesznego shorta. A tak to leci sobie muzyka, ja mogę coś odtworzyć na smartfonie, a jak jest tu coś, na czym muszę skupić swoją uwagę, to przecież mogę na tablecie spauzować ręcznie.
I co istotne, głośnik jest niewidoczny, bo umiejscowiony jest pod kokpitem, nad półką z szufladami, stale pod kablem, więc nie ma ryzyka, że w nocy obudzi mnie „smęcący” dźwięk domagający się ładowania. A dodatkowo podłączony pod tablet nie rozłącza się, więc można powiedzieć, że pracuje 24 godziny na dobę, przez pięć dni w tygodniu. To kolejny mały krok ku mojej wygodzie, bo nie muszę co chwilę wstawać i go włączać.
Mógłbym napisać jeszcze wiele i więcej, ale widzę, że powstał kolejny esej, szczęśliwie w dość zwartej budowie. Myślę, że póki co wystarczy, chociaż aspektów jest jeszcze więcej, ale to już na następny raz. Kończę ten tekst 1 października i na ten dzień zaplanowałem publikację. To celowe z mojej strony, bo dziś mija dokładnie rok od wprowadzenia systemu kaucyjnego i dziś są najbardziej aktualne wyliczenia z zużycia wody i oszczędności jakie przyniosło kupowanie butelek 5 litrowych.
Jeśli doceniasz moją twórczość, możesz postawić mi kawę! Dzięki temu będę miał więcej energii do tworzenia nowych treści.

Zostaw Komentarz