21 lat KornFanHead.

with Brak komentarzy

Urodziny to czas, który każdy celebruje raz do roku. Ja cieszę się, że mam okazję do tego, by świętować aż dwa razy…

 

 

…a powodem ku temu jest kolejna rocznica mojej działalności internetowej pod szyldem KornFanHead. Gdy 21 lat temu zakładałem bloga, nie spodziewałem się, że będzie to trwać tyle lat. Bo w ogóle niczego się nie spodziewałem, nie zakładałem, bo po prostu byłem wtedy jak to dziecko we mgle. Z tą różnicą, że to dziecko poruszało się we mgle internetowej przestrzeni, która w porównaniu z dzisiejszymi standardami obsługi była bardzo toporna, wolna i wymagająca wiele cierpliwości zarówno w jej dostosowywaniu do swoich potrzeb, jak i samej nauki i pozyskiwania potrzebnej wiedzy.

Z biegiem lat sam nauczyłem się, co i z czym się je, po drodze poznając „prawą rękę w internecie”, która poprowadziła mnie, wskazując drogę i kierując mnie na odpowiednie tory, by to, co do tej pory wiedziałem, jeszcze lepiej przyswoić i zastosować. I tak jest do dziś, gdy mogę pisać z komfortem świadomości publikacji. Tak się bowiem składa, że kiedyś przyjemnością było pisanie samo w sobie, a proces umieszczania wpisu to już tylko niezbędna katorga, którą musiałem przejść. Obecnie, choć ekosystem jest dość prosty i intuicyjny, to jednak wymagałby jeszcze paru poprawek. Jest to jednak taki złoty środek pomiędzy tym, czego użytkownik oczekuje, a czego język kodowania i publikowania wymusza, by się nauczyć.

 

Podobnie jak było z przesiadką z Windowsa na Linuksa. Jeśli mam porównywać, jak wyglądało to „dostrojenie” się do nowej architektury, to chyba idealnym obrazem będzie zerknięcie w przeszłość, gdzie telefony komórkowe z klawiaturą były czymś codziennym i oczywistym. Ktoś, kto używał Nokii i nagle dostał Siemensa, odkrywał, że prawie wszystko jest odwrotnie, jeśli chodzi o obsługę klawiszy. Ale jak już się przyzwyczaił, to uznawał: „to jest genialne!”. Dokładnie tak samo jest tutaj i gdy już zaczyna się nadawać na tych samych falach co system, to wiele rzeczy jest po prostu intuicyjnych. A moja przesiadka zbiegła się w czasie z ogólnym dostępem do sztucznej inteligencji. Ta piękna synchronizacja czasowa sprawiła, że choć fora linuksowe są pełne dobrych rad i cennych wskazówek, ja nie muszę ślęczeć tam godzinami, a jedynie pytam AI, jak coś zrobić, i najczęściej nie mija 10 minut, jak komendy wpisywane w terminal robią robotę.

To dzięki temu te momenty wolnych chwil, kiedy mogę zasiąść za klawiaturą, pozwalają mi na skupienie się na tym, co ważne, a „formalności” to tylko krótki obowiązek nieprzysłaniający mi myśli, że z tyłu głowy mam poczucie, że cokolwiek nie napiszę, to finalnie czeka mnie jeszcze ta trudna przeprawa publikacji. W zeszłym roku zdradziłem trochę ciekawostek. W tym chcę jedynie zaznaczyć, że już oswoiłem się, że często mnie tu nie ma, że nie piszę, bo… nie muszę. Tematów, zdawać by się mogło, jest mrowie, ale mieć pomysł to jedno, a czas, by napisać, to drugie. Nie będę już kolejny raz powtarzał się, dlaczego tak jest. Zaznaczę jedynie, że to, jak obecnie wygląda moje życie, bardzo mi pasuje i póki to trwa, nie chcę nic zmieniać. Zasadnicza różnica jest taka, że jeśli chodzi o pasje i zainteresowania, to zamiast stukać obydwiema dłońmi w klawiaturę, najczęściej używam palca wskazującego do uwalniania migawki aparatu. Tym samym moja działalność bardziej przeniosła się na poziomy serwisów mapowych, które eksploruję, poznaję nowe miejsca, odwiedzam je, a czasem sam coś dodaję, gdy danych punktów tam nie ma.

 

Myślę, że to odpowiedni balans pomiędzy byciem aktywnym w sieci a życiem w „realu”. Najważniejsze jednak jest dla mnie to, że w aspekcie strony wiem, że ona jest, trwa, czeka i w każdej chwili mogę tutaj wejść i opublikować, co mi się rzewnie podoba. Dokładnie tak jak teraz. 21 lat to kawał historii i już więcej niż połowa mojego życia. W momencie, gdy następuje ta rocznica, wiem, że wtedy 6 czerwca 2005 roku warto było zaczynać tę działalność, by dziś móc cieszyć się nie tylko treściami, które pojawiły się tu na przestrzeni ponad dwóch dekad, ale także marką rozpoznawalną w świecie ciężkich brzmień, ale nie tylko. Mam bardzo stabilny grunt pod nogami i spokój wynikający z zastosowania narzędzi i decyzji, które nie tylko sprawiają, że mogę z lekkością pisać o czym tylko chcę, ale także, a może przede wszystkim, unikalny rodzaj pewności, że nawet jeśli zostały jakieś pojedyncze przypadki nieprzychylnych mi postaci, to i tak nie wychylą nosa spoza kamienia, pod którym wegetują, bo to, co zrobiłem w moich esejach, skutecznie pozamykało im otwory gębowe oraz utarło pazury do chociażby podjęcia próby wyrażenia swojego nieistotnego zdania. Największe kryzysy zostały zażegnane dawno temu, kiedy to nawet celowo porzuciłem swoją pasję, nie widząc sensu tworzenia, gdyż cokolwiek nie napisałem, spotykało się z falą zmasowanego hejtu i krytyki. Potem dopiero zmieniłem tok rozumowania i bardzo dosadnie i boleśnie pokazałem, kto tutaj niepomiernie rządzi. Właśnie to umocniło mnie w przekonaniu, że moja działalność pokazała występujące cztery etapy pojawiające się zawsze, gdy ktoś wpada na pomysł, a potem zaczyna go realizować.

 

Pierwszy to ten, gdy się z Ciebie śmieją. I tu najpierw na kanwie lokalnej, co było do przewidzenia, gdyż wywodzę się z miejsca, gdzie niestety środowisko jest dość zgniłe i upływający czas zmienił tylko to, że niektóre rzeczy czuć padliną, a inne zdążyły już uschnąć. Potem na kanwie szerszej, co pokazało mi, że pewne typy społeczeństwa występują wszędzie.

Drugi, kiedy Cię obserwują. Pierwszy etap zaczyna powoli słabnąć i ci, którzy myśleli, że ich jazgot spowoduje Twoją kapitulację, nagle zauważają, że działasz dalej, i najbardziej wnikliwie obserwują Twój każdy krok, czyli tutaj każde słowo, przecinek i kropkę. Nomen omen, sężna część, dopóki sama się nie zniechęci i nie zmieni targetu swoich frustracji, zostaje dokładnie na tym etapie.

Trzeci, gdy zaczynają się od Ciebie uczyć. Z biegiem czasu wyłaniają się „rodzynki”, które zauważają, że robisz zajebistą robotę i… nie powiedzą Ci tego, ale „zaczynają robić notatki”.

Czwarty – najważniejszy – gdy zauważasz, że Cię naśladują. I to jest najlepszy etap, bo często nie ma w sobie naleciałości nienawiści i chęci destrukcji. Ot, w pewnym momencie pojawiają się twórcy, którzy kompletnie nie zdają sobie sprawy z istnienia tych z poprzednich etapów. Oni odkrywają Cię, gdy sami chcą coś tworzyć, realizować się i szukają inspiracji. To całkowicie normalne, bo podobnie jak w muzyce, najpierw słucha się innych, którzy mają już jakieś dokonania, by na tym fundamencie robić swoje.

 

Rzadko się o tym mówi, a ja lubię te oczywiste sprawy, które często niektórzy wręcz boją się nazwać po imieniu, kryjąc je w tej części umysłu obok innych sekretów, które nigdy nie mają ujrzeć światła dziennego, wybebeszać na powierzchnię. Bo akurat to jest jednym z tych zagadnień, na którym opiera się różnica między tym, że ktoś tworzy, bo wie, co robi, a tym, że ktoś nawet by mógł, ale totalnie nie odnajduje się w swojej własnej rzeczywistości, opierając się jedynie na zasadzie „co ludzie pomyślą?”.

Można by uznać, że wiele treści, które stworzyłem, było kontrowersyjnych. Dla mnie były normalne, gdyż zawsze jestem szczery i wszystko, co robię, pokrywa się z moim kodeksem zasad. A do tego jestem zdroworozsądkowym człowiekiem, który woli, zamiast patrzeć na to, co się dzieje obecnie, jak społeczeństwo nawet nie ukrywa tego, jak jest głupie, zaglądać w historię, gdzie opierając się np. o literaturę, widzieć, że tacy ludzie jak ja byli większością. Tak jak czytający moją stronę, co jest najlepszym dowodem na to, że inteligencja jednak chwali. Oczywiście nie mam zasięgów globalnych, takich jak większość influencerów, którzy znani są z tego, że… są znani. Z perspektywy lat, będąc wielokrotnie namawianym, by coś z tym zrobić i „ruszyć tę machinę” szerzej, ja niezmiennie, stanowczo i twardo obstaję przy swoim, od początku mojej działalności wychodząc z założenia, że treść sama się obroni. Żyjemy w świecie, gdzie każdy kanał przekazu to wybór, więc ja cieszę się, kiedy ktoś wybierze mnie świadomie i dobrowolnie, nie ulegając manipulacyjnej reklamie, którą dziś można stworzyć w parę sekund z pomocą sztucznej inteligencji. Poza tym proces promocji otwiera drogę nie tylko dla nowych, potencjalnych odbiorców, ale także dla nowej fali tych, co biorą się nie wiadomo skąd i uzurpują sobie prawo do krytyki i hejtu, sami nie wiedząc, że tak naprawdę nie mają żadnych praw. I ta sytuacja daje mi tę lekkość, bo wiem, że często gdy piszę to, co jest zgodne z moimi zasadami i przekonaniami, to wielu czytelników może się z tym wręcz utożsamić, choć często boją się powiedzieć to, co ja przedstawiam, na głos.

 

Dało się to odczuć w informacji zwrotnej, czyli w komentarzach i wiadomościach prywatnych, które dotarły do mnie po publikacji esejów dotyczących moich spraw związanych m.in. ze starymi pracodawcami. Muszę przyznać, że do dziś są odbiorcy, którzy odkrywają te treści i przyznają mi, że to był kawał dobrej roboty, i dziękują, że ktoś poruszył takie tematy i potrafił w tak wysublimowany sposób to przedstawić. Tak jak teraz, kiedy siedzę przed klawiaturą i piszę ten wpis z okazji kolejnej rocznicy, czuję, że ma on wartość, która dotrze do mnie na długo po publikacji. I chociaż bardzo nie lubię pisać etapami, co niestety wymusza ilość wolnego czasu w trasie, to potem, gdy czytam całość, wszystko wydaje się bardzo spójne. To dowód na to, że moje myśli i poglądy są stałe. W ubiegłym roku zdradziłem dwie ciekawostki, czyli skąd się wziął pseudonim KornFanHead oraz dlaczego noszę okulary przeciwsłoneczne. Kto jeszcze się z nimi nie zapoznał, odsyłam do wpisu 20, gdzie starałem się to ująć jak najkrócej, co jak na mnie jest prawdziwą sztuką.

Tym razem czy mógłbym coś przedstawić jako ciekawostkę? W sumie tak… Otóż żadne Google Analytics i inne wszelkiej maści narzędzia statystyczne nie przedstawią mi moich zasięgów i organicznej popularności jak… SPAM! Tak, zgadza się, boty i trolle wręcz kochają, gdy jakiś wpis „zażre”. Nawet jeśli jakiś mój artykuł sprzed lat nagle znajdzie jakieś zainteresowanie i staje się poczytny, z miejsca moją skrzynkę na stronie zalewa fala spamu. Najczęściej to komentarze z ofertami takiego porno, że nawet Trynkiewicz byłby zawstydzony. Oni naiwnie wierzą, że każdy komentarz trafia na moją stronę…

 

Oczywistym jest to, że zanim cokolwiek trafi oficjalnie jako komentarz pod dany wpis, przechodzi przez sito moderacji. A ja dzięki tej nawale mam ułatwione zadanie, bo wystarczy, że zaznaczam je całymi stronami i wrzucam do zakładki spam, a potem kasuję jednym kliknięciem. I nawet się z nimi polubiłem, bo zawsze ilość tych akcji pokazuje, czy jestem czytany, czy nie. Przyznam, że jak takich komentarzy jest mało, to aż myślę, że to jest ten moment, gdzie strona po prostu „wisi” i nikt jej nie odwiedza. Kto by przypuszczał, że kiedyś dojdzie do tego, że miernikiem popularności będą internetowe trolle i boty. Jednak jak widać na tym przykładzie, i taką negatywną aktywność można wykorzystać do swoich celów. I może też taka ciekawostka… Otóż wszystko, co piszę, to moje organiczne słowa, ale… wspominałem wyżej o etapie drugim, co sprawiło, że postanowiłem posiłkować się pomocą sztucznej inteligencji. Zamiast sprawdzać pisownię na znanych stronach internetowych, gdzie trzeba tekst wklejać po kawałkach, by robić to za darmo, po prostu daję mój tekst AI i… ma jedno sztywne zadanie. Zbadać interpunkcję, absolutnie nie ingerując w tekst. Dzięki temu zyskuję wiele korzyści. Po pierwsze mogę pisać swobodnie to, co czuję i myślę, mając totalnie w dupie zasady pisowni, o których myślenie często psuje tok myślowy i sprawia, że tekst nie jest szczery i prawdziwy. Wiem, że finalnie wszystko będzie miało ręce i nogi, jeśli chodzi o przecinki, kropki, dwukropki i średniki.

Najważniejsze jednak, że potem unikam wiadomości o treści „Masz literówkę”, bo AI i to poprawia. Więc osoba, która poluje na takie błędy, nie ma absolutnie możliwości się wykazać, by finalnie wysłać do mnie tę wiadomość, która jest jak mentalny hak po ziobro. I jednocześnie może wtedy skupić się na treści, wartości merytorycznej i przekazie. Bo mam nieodparte wrażenie, że każdy, nawet przychylny mi „turkuć podjadek”, czytając moje publikacje, nawet nie zwraca uwagi na to, co piszę, a jedynie szuka błędu, by móc sobie powiedzieć: „aha, mam go!”. No i dupa, bo kolejna „luka w Windowsie” została załatana. Tak więc teraz proces moderacji tekstu, oprócz przeczytania go wielokrotnie przed publikacją i odsłuchania w syntezatorze mowy, jest jeszcze przepuszczony przez maszynkę sprawdzającą błędy i interpunkcję. Bang, bang i szach-mat! Pisanie ma być przyjemnością, a nie procesem pod rygorem, że ktoś tylko czeka na mój błąd. A ja lubię te moje błędy, bo jestem człowiekiem i to jest moje miejsce. Więc jak komuś się to nie podoba, to… ale nie, są po prostu ludzie, których „nie przerobisz”. Więc lepiej zabrać im argument, niż potem zamiast czytać w wiadomościach, że „zajebisty tekst”, widzieć „masz błąd tam i tam”. Czasami mam wrażenie, że ci, którzy mi to wysyłają, czerpią z tego sadystyczną wręcz satysfakcję i radość. Także uspokajam.

 

Chociaż najczęściej piszę z ciężarówki z laptopem na kierownicy w chwilach dłuższego postoju, to jednak wszystko mam pod totalną kontrolą i wiem, jak i co pisać. Wiem, smuteczek, ale co poradzę, tak już jest i nigdy się to nie zmieni. Tak samo sprawa tyczy się opinii, które pojawiły się, gdy w 2017 roku przeszedłem z platformy blogowej Onetu na własną stronę internetową. Wtedy dostałem takie oto wiadomości:

 

Nie spierdol tego”

No to teraz ciąży na tobie ogromna odpowiedzialność.”

No i co? Lata mijają, a ja nie dość, że tego nie „spierdoliłem”, to jeszcze strona ma się dobrze i żyje organicznie, osadzona na solidnych fundamentach. Poza tym to pierwsze brzmiało, jakbym dostał tę stronę od tej osoby. A drugie… jest nieistotne, bo było od osoby, o której nawet nie wiem, co się z nią teraz dzieje, bo zniknęła z mojego horyzontu już lata temu. Obydwa jednak pokazują, że zazdrość to ciężka choroba.

I piszę o tym, by pokazać, że ja pamiętam takie rzeczy. Co podkreśla mi wielu znajomych, że pamięć mam lepszą niż niejeden komputer. A teraz mija 21. rocznica mojej działalności, a ja czuję tę wielką radość posiadania swojego własnego medium bardziej niż kiedykolwiek. Bo to, co dzieje się w moim życiu obecnie, jest tym, na co długo pracowałem, dążyłem do tego i dotarłem sam, bez niczyjej pomocy i wsparcia. Tak smakuje czysta, nieskalana satysfakcja.

I uważam, że piękne jest to, że po publikacji tego tekstu, nie mam planu na następny. Tak zwyczajnie i po prostu. Oczywiście jeśli coś mnie „strzeli”, pojawi się ta iskra i potrzeba to zapewne pojawi się tutaj jakaś publikacja. Spontaniczna, stworzona z potrzeby chwili, naturalna i szczera, co będzie potwierdzeniem mojej zasady, że stawiam na jakość a nie na ilość.

Dziękuję moim czytelnikom za to, że są. Niezależnie od tego, czy jesteś ze mną od początku, czy dołączyłeś tu po drodze na osi czasu. Twoja obecność jest dla mnie tym, że warto to robić. Bo organiczny odbiór jest najwyższą wartością każdego twórcy.

Jeśli doceniasz moją twórczość, możesz postawić mi kawę! Dzięki temu będę miał więcej energii do tworzenia nowych treści.

Zostaw Komentarz