Świat upada na naszych oczach i, co gorsza, staje się to coraz bardziej namacalne.
Wiele razy na moich łamach poruszałem tematy socjologiczne, udowadniając, jak świat nie tylko upada, a wręcz „staje na chuju” i pikuje lotem jednostajnie przyspieszonym w tym procesie. Nie dość tego, odnoszę wrażenie, że jeśli chodzi o naszą krajową sytuację geopolityczną, która jest jakby odrębnym bytem, to już dawno dosięgnęliśmy dna. Jednak to nie koniec, bo na tym dnie właśnie rozpoczęła pracę głębinowa platforma wiertnicza.
Dlaczego o tym piszę? Powodów jest wiele. Do tej pory było tak, że pisałem czy to o ludziach, czy o systemie i szydząc sobie w najlepsze, podśmiewałem się z tego, robiąc swoje i żyjąc po swojemu. Od niedawna jednak pewne zagadnienia i zjawiska zaczynają dotykać mnie osobiście, utrudniając życie tak, że nie da się tego zignorować.
Kiedyś mówiłbym o prawie Murphy’ego – że jak coś ma pójść nie tak, to oczywiście, że tak pójdzie. Zauważyłem jednak, że wiele rzeczy dnia codziennego idzie nie tak nie dlatego, że spotyka mnie pech, ale dlatego, że system chce, by nie można było swobodnie działać. I mówię to w kontekście tego, gdy muszę użyć technologii czy wejść w internet, by coś załatwić.
Jeszcze 10 lat temu myślałem, że moje systemy zabezpieczeń i chroniących moją anonimowość są jak monolit, pozwalający mi robić wiele kiedyś „normalnych” rzeczy, omijając nie tylko system, ale także całą nieświadomą tłuszczę.
Gawiedź jest niezmiennie głupia i wielu rzeczy nie wie, przez co można iść swoją ścieżką, często widząc minę zdziwienia ludzi wokoło. Za to system coraz bardziej stara się wszystko utrudnić i… nie wiem, zniechęcić mnie do działania(?). Lub, co gorsza, wrzucić mnie do jednego worka z resztą pospólstwa. To się nie uda, ale faktem jest, że przeszkód na drodze, by było „po mojemu”, jest coraz więcej i są coraz bardziej trudne do przejścia.
A co najgorsze, dzieje się to w czasach, gdy mam dostęp do sztucznej inteligencji, która jest genialna i pomaga w wielu problemach. Niestety czasem i ona się poddaje, twierdząc, że nie warto się męczyć, by coś zrobić. Na szczęście moja inteligencja jest prawdziwa i jestem uparty, więc czasem poświęcam więcej czasu na rozwiązanie wielu problemów. Jednak smak satysfakcji nie jest taki jak kiedyś, bo to, co wcześniej było zwykłą formalnością, dziś wymaga o wiele więcej skomplikowanych procesów, by osiągnąć końcowy cel.
Najgorsze, że na wiele rzeczy nie mam wpływu. Ot, na przykład na przesyłki zamówionych towarów, które kupuję przez internet. Nie raz obiecują, że będzie najpóźniej pojutrze, a potem czekam na nie dwa, trzy tygodnie, bo paczkę przejęła poczta polska (celowo z małej) i jeszcze wmawia mi, że nadawca „dał dupy”, a moją paczkę mogę odebrać z ich magazynu, gdzie aplikacja zmienia zdanie co godzinę i mówi, że raz paczka jest w Bydgoszczy, raz w Lisim Ogonie, a raz w… Wałbrzychu. Jednocześnie w mojej rodzimej placówce chcą mi wmówić, że to ja jestem nadawcą i paczka dotarła do adresata w Wałbrzychu… skąd została tak naprawdę zamówiona i wysłana. Innym razem Empik, u którego zamawiałem dość drogi sprzęt, w ogóle zapomniał wysłać paczki i procedury ruszyły dopiero, gdy wylałem na nich słuszne wiadro pomyj w mediach społecznościowych.
Inni udają, że jak się pluje, to deszcz pada. Taka sieć T-Mobile upierała się, że pod pewnym adresem nie ma żadnych problemów z siecią, ale zastosowałem zbiorowy fortel. Stworzone pismo formalne, które zawierało w sobie klauzulę, że zgłoszenia będą wysyłane codziennie, dopóki czegoś z tym nie zrobią, poskutkowało tym, że… UWAGA – przyznali się do błędu!
Jednak nie od razu. Na pierwsze pismo odpisali mi, że nie mogą nic zrobić, dopóki… nie podam im numeru PESEL… Sroga odpowiedź, że właśnie mogę ich podać z powództwa cywilnego za wyłudzanie danych, które mogą sprzedać i wykorzystać, a w dodatku sprawą zajmie się UOKiK, sprawiły, że sprawę przeniesiono do innego działu. Co nie zmienia faktu, że dane „konsultantki”, która prosiła o mój numer PESEL, mam do dziś, więc mam nadzieję, że teraz żałuje, iż chcąc zlać temat ciepłym moczem, przekonała się, że choć naszemu państwu i korporacji wydaje się, że mogą wszystko, to jednak jeszcze jakieś prawo istnieje i można je egzekwować. Poza tym zaznaczyłem, że w podanej wiadomości zgłoszeniowej było zawarte wszystko, co potrzebne, by wziąć się do roboty i zadbać o dobry sygnał.
Skończyło się pozytywnie, bo jak wspomniałem, przyznali się do błędu, a następnie osobie, która mieszka w tym rejonie bez zasięgu, zaproponowali zajebistą zniżkę na usługi. Można? – Można!
Ktoś może zadać pytanie: no dobra, ale co po zniżce, skoro jest tam tak chujowy zasięg?
Odpowiedź jest piękna i prosta!
Po pierwsze – nie jedna sieć jest na świecie, a osoba, z którą mam kontakt, ma starter w innej sieci, więc ostatecznie i tak kontakt telefoniczny jest.
Po drugie i najlepsze – niby zasięg chujowy, ale pod tym samym nadajnikiem i tym samym sygnałem połączenia przez komunikator internetowy hulają jak złoto. Istny kryształ jakości!
O czym to świadczy? To proste: sieci komórkowe specjalnie upierdalają sygnał, by podkurwić użytkowników. Dlaczego to działa pod komunikatorem? Bo połączenie jest szyfrowane i sieć nie wie, czy ty rozmawiasz, oglądasz film w streamingu, czy grasz online. Inaczej tu też by chcieli upierdolić, ale po prostu nie mogą. I ta sytuacja pokazała, że sieci robią to specjalnie i z premedytacją. Nie każdy jednak zwróci na to uwagę i coś z tym zrobi. A tu się udało, bo co prawda sieć przyznała się do winy, natomiast w rozwinięciu odpowiedzi stwierdzili, że nie mogą z tym absolutnie nic zrobić…
Nie muszą, ważne, że na połączeniach przez internet widać, iż (jeszcze) można to szczęśliwie ominąć. Zwróć uwagę, drogi czytelniku, kiedy zasięg psuje się najbardziej… piątek od południa, kiedy ludzie wracają z pracy na weekend. W dni wolne, kiedy chcesz swobodnie porozmawiać, i w święta, kiedy dużo ludzi jeździ na wycieczki. I tu nie chodzi o to, że sieci są przeciążone. Chodzi o to, by wyprowadzić cię z równowagi, bo odkrywasz, że to, co do tej pory działało bezbłędnie, teraz się wykrzacza, gdy najbardziej tego potrzebujesz.
I tak dzieje się w wielu innych technicznych aspektach. Masz dobry telefon, internet bez limitu i wydaje ci się, że zasięg najlepszej sieci, a w momencie, gdy potrzebujesz tu i teraz jakiejś ważnej dla ciebie informacji, nagle wszystko „mieli” i często, by coś uzyskać, musisz po prostu przystanąć, często łamiąc przepisy ruchu drogowego, i zrestartować telefon, tablet lub komputer. Wtedy ewentualnie coś zadziała i po długim czekaniu aplikacja w końcu „wypluje” to, co normalnie mogła ci wyświetlić w ułamek sekundy. A dlaczego musisz się zatrzymać? To proste: jak pojedziesz dalej, to może się skończyć tym, że nadrobisz kilkadziesiąt kilometrów, by dojechać do miejsca, które ominąłeś bez tej właśnie informacji.
I chociaż dbam, by moje sprzęty były wysokiej jakości, bo zarówno laptop, smartfon, tablet, jak i router nie dość, że są dobrych marek, to do tego cały czas aktualizowane, to zdarza się, że odmawiają posłuszeństwa. Nawet ta niby cudowna sztuczna inteligencja w najbardziej newralgicznych momentach potrafi po prostu stwierdzić, że nie da ci odpowiedzi, i „kręci się to kółko”, a ty czekasz i wiesz, że to się dzieje specjalnie.
Jeśli wezmę pod uwagę, że dużo ludzi w drodze czy w pracy słucha radia, a w domu oglądają telewizję, to dodatkowo bombardowani są informacyjnym chaosem, który ma wzbudzać w nich nieustanny strach, a w przerwach serwować reklamy, których poziom spada tak samo jak średnia ludzkich umysłów. To wszystko sprawia, że człowiek, chce czy nie chce (chociaż mam wrażenie, że bardziej chce), jest non stop przebodźcowany. Kumulacje tych stanów powodują wzrost kortyzolu, który stwarza nerwice, depresje i inne nerwowe załamania. A potem taki ktoś idzie do lekarza, od którego słyszy: „Proszę się tak nie denerwować i żyć spokojnie”.
Jak ma żyć spokojnie, kiedy coś, co powinno działać, po prostu nie działa, i co najlepsze – kiedy już tego tak pilnie nie potrzebujemy, to wtedy nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, wszystkie urządzenia działają, jakby dostały nitro!
Oczywiście czasami można to wykorzystać „na swoją modłę”. Dla przykładu zauważyłem, że u mnie jak w kalejdoskopie sprawdza się ten niepisany przypadek, że jak jestem w kolejce i czekam na załadunek, a czas oczekiwania wydłuża się znacząco, to wystarczy, że się czymś zajmę, a nagle mnie wzywają. Klasycznie: albo zaczynam „robić papiery”, wyciągam „gary”, by zrobić sobie jeść, albo bezbłędne – sięgnięcie po laptopa, by włączyć sobie film czy po prostu coś sprawdzić. Więc jeśli śpieszy mi się, to po prostu sięgam po „lapka” i nie mija 5 minut, a już wzywają, twierdząc, że „dawaj, bo nie ma czasu”.
Jeśli chodzi o przebodźcowanie, to sam często staję się jego ofiarą, ale nie z wyżej wymienionych czynników, bo radia słucham wybiórczo, a telewizja istnieje dla mnie tylko na wyjazdach, gdzie na kwaterach wręcz z pasją oglądam głównie reklamy, by przekonać się, że finezyjnie wysoko zawieszona poprzeczka głupoty i beznadziei jest co chwila ustawiana coraz wyżej. U mnie to zjawisko występuje dlatego, że na drodze muszę myśleć nie tylko za siebie, ale też za innych, a jak wiadomo – inni nie myślą. Dlatego muszę przewidywać, co kto odpierdoli, jaki zły manewr wykona bądź będzie chciał mnie „zrobić na OC”. Ostatnio więc, kiedy nadchodzą pauzy, to nie „nadrabiam” YouTube z moimi ulubionymi kanałami, gdzie jestem na bieżąco z tym, co jest źle, bo szczerze: o niczym dobrym od dawna nie słyszałem. Po prostu załączam sobie muzykę do snu – czy to faktycznie muzyka o odpowiedniej częstotliwości, czy też dźwięki deszczu, burzy albo głębokiego lasu. To skutecznie potrafi mnie „ululać” do snu, budzę się bardziej rozluźniony, a „prasówkę” mogę zrobić przecież później.
Najważniejsze to skupić się na porannym planie dnia i naprawdę wszystko zazwyczaj idzie dobrze, dopóki nie potrzebuję pomocy technologii. A to bardzo do niej ograniczone zaufanie uwydatnia się tym, że ta muzyka, o której wspomniałem, oczywiście najczęściej leci sobie z neta, ale… jakby to zawiodło, to mam to wgrane w pamięć smartfona w formacie mp3. A jeśli mój smartfon uzna, że pierdoli i nie robi, to mam drugi, „służbowy”, i tam też mam to wgrane. No niestety, tak trzeba dziś działać, by te drobne przeszkody nie zakłóciły tego, co chce robić moja wolna wola.
I tak, zgodzę się, że te wszystkie „przeszkody” zmuszają do myślenia, do kombinowania, jak „wybrnąć” z sytuacji, w której – przynajmniej w teorii – nie powinienem się znaleźć. Na dłuższą metę staje się to jednak męczące. Dlatego tak ważne staje się przewidywanie sytuacji, których kiedyś nawet nie brałem pod uwagę.
I co może wydawać się poniekąd dziwne, jakoś nauczyłem się okiełznywać Murphy’ego. Przykład? Proszę bardzo: już tyle razy, kiedy pakowałem się w poniedziałek rano do ciężarówki, wkładając różne rzeczy i torby przez wejście od strony pasażera, wypadało mi wszystko, co było na podłodze i teoretycznie powinno być na swoim miejscu. Toteż pewnego dnia kupiłem siatkę zabezpieczającą do bagażnika samochodowego. Zamontowałem ją między barierkami, za które chwyta się, gdy wchodzi się do środka ciężarówki. Na dole doczepiłem do listwy podłogowej i… od tamtej pory, gdy jakaś rzecz nie wiedzieć czemu chce spaść na ziemię i się daleko potoczyć, zatrzymuje się na tej właśnie siatce, a ja mówię na głos do Murphy’ego: „A widzisz, chuju, nie udało ci się tym razem”.
To może brzmieć śmiesznie, ale takie sytuacje, które teoretycznie nie powinny się wydarzać, a jednak się zdarzają, mają miejsce coraz częściej. Nieprzypadkowo więc na przykład, kiedy poruszam się po mieście, które znam, wybieram takie drogi, by na skrzyżowaniach mieć pierwszeństwo. Widzę to zdziwienie gawiedzi, kiedy widzą, że oni chcieli wymusić, ale okazuje się, że byłaby ich wina.
Kiedy myszka od komputera „latała” po całej kabinie, a jej poszukiwania często były dłuższe niż samo użycie komputera, kupiłem retractor, za który zapłaciłem dwa razy więcej, niż warta jest sama myszka, i… przytwierdziłem jego końcówkę do stolika na kokpicie. Teraz, jak „zaginie w niewyjaśnionych”, to po prostu pociągam za sznurek, zwalniając blokadę, i moja zguba, chce czy nie chce, wraca na swoje miejsce. Obecnie szukam patentu, jak „zmusić” słuchawkę Bluetooth do tego, by może zechciała ładować się w jej dedykowanym etui. Często wkładam ją na noc i widzę, że owszem, dioda wskazująca ładowanie się świeci, a rano wkładam ją do ucha i słyszę „low battery” lub bardziej wkurwiające „recharge headset”. I znajdę sposób, bo moja słuchawka jest sprawna, dobrze trzyma naładowaną (jak się uda to zrobić) baterię, a jakość rozmów jest najlepsza na rynku. Tylko że jej producenci wymyślili swój „unikalny” sposób komunikacji z ładowarką. Oczywiście w najnowszej wersji jest to już USB-C, ale po co wydawać dodatkowy hajs, skoro ta jest sprawna?
To są właśnie takie małe wkurzacze dnia codziennego, z którymi każdy się zmaga, i jeśli jest ich niewielka ilość, to idzie to przeżyć. Jednak czasami człowieka kurwica strzela, kiedy co chwila coś nie chce współpracować.
Osobiście odbieram to tak, że większość tego, co pochodzi ze świata zewnętrznego, czyli z sieci (niezależnie od tego, czy jest to sieć komórkowa, czy internet), to celowe działania korporacji, by człowiek nie mógł odczuwać wewnętrznego spokoju. A jeśli chodzi o organiczną złośliwość rzeczy martwych, to dla mnie jest to próba mojej cierpliwości. Ja jednak wychodzę z założenia, że ma być „na moje” i chuj! Jeśli nie teraz, to po czasie, który wyznaczam sobie na rozwiązanie problemu i wykonanie zadania.
Może to dlatego mechanicy za każdym razem, kiedy trzeba wychylić kabinę, dziwią się, ile „majdanu” muszę z niej wyjąć, ale ja wiem, że jak coś się wydarzy, to zawsze mam przy sobie coś, co przynajmniej prowizorycznie przyniesie rozwiązanie.
Gdy był ostry atak zimy i wszystkim pękało co miało pękać, a paliwo często zamarzało, ja dolewałem do ropy benzynę, a każda uszczelka była potraktowana wazeliną. I jakoś szło wszystko do przodu, chociaż nie twierdzę, że nie było wtedy innych wyzwań. Ale przynajmniej nie musiałem mieć na głowie większej ilości problemów.
To, co piszę, to tylko przykłady z mojego życia. Wiem natomiast, że każdy odczuwa to na swój indywidualny sposób. A najbardziej irytuje fakt, kiedy urządzenia, które są podłączone do prądu, odmawiają współpracy. I chociaż jestem po czterdziestce, to przez to właśnie siedzę w technologii na bieżąco, by widzieć i być „obcykanym” tak jak ponad 20 lat temu, kiedy w wieku młodzieżowym chłonąłem wiedzę o komputerach, ich bolączkach i jak znaleźć na nie rozwiązanie. Lata mijają i choć wszystko teoretycznie dąży do tego, by działać sprawniej, być prostsze, to nie raz przeprawa, by w ogóle działało, to jak droga przez mękę. Na tyle, że finalnie nie daje to radości, ale myśl, „że to po prostu miało, kurwa, działać bez zarzutu”.
Niezmienne jest natomiast to, że nie zmienię nastawienia i jak coś nie będzie działać, to będę kombinował tak długo, aż wszystko, co powinno działać, zechce robić to jak powinno.
Oczywiście najbardziej to, jak celowo chce się nas wkurzyć w przestrzeni publicznej, widzę na drogach i w sklepach. Tam, gdzie przydałyby się proste i intuicyjne rozwiązania, stawia się przed nami przeszkody, które nie dość, że irytują, to do tego są często niebezpieczne. Ilość absurdalnych znaków drogowych, zwężek, wysepek i innych „szykan” na drodze to plaga, której już raczej nie da się zatrzymać i zniwelować. Wszystko po to, by w danym miejscu mogli się ewentualnie ustawić „niebiescy”, którzy wiedzą, że w danym miejscu jest sytuacja podbramkowa, i jeśli akurat masz pecha trafić na to miejsce o złym czasie, to kończysz z odpowiednim blankietem.
Tak samo w sklepach. Nie wiem, jak to się dzieje, ale zawsze na wejściu muszą stać skrzynki z owocami i pomidorami. Zachodzę w głowę, co dzieje się z ludźmi, że kiedy przy nich staną, to nie wiedzą, co dalej robić i gdzie iść. I często muszę mój krok hamować i albo ich omijać jak baletnica, albo czekać, aż w końcu zdecydują się iść dalej. W marketach jest o tyle lepiej, że zamiast służb mundurowych ogólnego porządku „pilnuje” co najwyżej ochroniarz, a każdą przeszkodę można jakoś ominąć. Pod warunkiem, że ma się na zakupy swój własny plan, którego głównym założeniem jest to, by wszystko załatwić jak najszybciej.
Na drodze jest inaczej, bo sama droga i jej użytkownicy potrafią niejednokrotnie zaskoczyć, i to bardzo negatywnie. Tu ratuje tylko Yanosik, kamerka i zdrowy rozsądek podparty cierpliwością i rozwagą. Oczywiście nie daje to gwarancji, ale przynajmniej jakąś podstawę do tego, że część sytuacji o ile nie jest pod kontrolą, to chociaż robi „dupokryjkę”.
Kto by pomyślał, że podczas tworzenia tego tekstu doszło do kolejnych sytuacji potwierdzających to, że neokomuna ma się dobrze. Tym razem swoją inwencją wykazał się sklep OBI. Gdy zamówiłem tam wentylator pokojowy, dzień później dostałem maila, że… „zamówienie zostało anulowane na moją prośbę”. Szczęśliwie poniżej podano numer telefonu, pod którym mógłbym zgłosić do tego maila uwagi. No i zadzwoniłem, wysłuchałem wszystkich długich instrukcji, komend i tego, co mam wcisnąć, by połączono mnie z kimś żywym. Pani po drugiej stronie słuchawki, gdy podałem niezbędne dane, stwierdziła, że tak, zamówienie zostało anulowane, ponieważ zrobił to dostawca, gdyż zauważył, że nie ma towaru na magazynie. Kasę oddadzą w ciągu 14 dni roboczych…
Szczęśliwie oddali tego samego dnia, ale już wiem, że w OBI przez ich stronę nic nie zamówię, bo – do kurwy nędzy – po pierwsze to nie było anulowane na moją prośbę, więc było to wprowadzanie w błąd, co moim zdaniem podlega pod paragraf. A po drugie: jeśli nie mają na magazynie, to dlaczego wisi to na stronie i bez problemu poszła płatność? Zresztą nie są jedyni w tym zjawisku, bo potem długo polowałem na wentylatory na Allegro. Teraz potrzebowałem więcej sztuk, bo już chodziło nie tylko o mnie. Po wielu kwadransach nad ekranem znalazłem, kupiłem i beng – mail, że odsyłamy hajs, bo nie mamy na magazynie.
Nosz kurwa, jakbym ja zawalił w pracy, to byłyby konsekwencje, a sprzedawcy mają wyjebane. Ja wiem, rozumiem, że jest sezon, że upał i że ludzie kupują, że idą jak woda. Jednak jeśli ktoś nie potrafi policzyć, ile ma na magazynie, to po pierwsze: niech weźmie kajet, ołówek, dobrze go naślini i policzy. Po drugie: niech nie wystawia na aukcję, jeśli fizycznie tego nie posiada. Dlatego ja poluję, by kupić, jeśli gdziekolwiek są, by były. No i nie oddaje się bez przeliczenia „przyjaciołom królika”, to wtedy nie ma problemu.
Jak zawsze jednak wyszło na moje… no, może nie do końca, bo w niedzielę, gdy upały sięgały zenitu, a ja przeglądałem aukcje, to jeszcze były do 200 zł. Potem już ceny skoczyły od 50 do 80 zł za te same urządzenia. Tu już liczyłem się z tym, bo to moje pieniądze, ale jeśli poluję, to ma to być. Tak więc kamień spadł mi z serca, jak aplikacja pokazała, że paczka w drodze.
Inny przykład, który pojawił się w czasie tworzenia tego tekstu… Sobota, żar leje się z nieba, ale ja mam to w pompie, bo zadowolony jadę do salonu meblowego, gdzie wreszcie – po kilku tygodniach czekania – czeka na mnie moje nowe łóżko. Wchodzę, mówię „dzień dobry” itp., że ja po łóżko. Wszystko się zgadza, jest i czeka na mnie. „Super” – myślę i mówię miłym paniom, że chciałbym z magazynierem zobaczyć te paczki, bo nie wiem, czy wejdą mi do mojego samochodu. Jeśli okaże się, że nie, to chętnie zamówię od nich transport. I słyszę…:
– Dostarczamy meble w… wybrane dni tygodnia.
Dalej nie słuchałem, bo czułem, że komuna pokaże mi swoje oblicze, więc po prostu machnąłem ręką i poszedłem na magazyn. Chociaż to za dużo powiedziane, bo za sklepem stał kontener, normalna 40, taki, jakie wożę na co dzień po kraju. Uniosłem brwi, bo sklep to ogromny budynek, a oni zamiast te paczki trzymać gdzieś chociaż w cieniu, to mają to w puszce pomalowanej na ciemny grafit, stojącej na pełnym słońcu. Szczęście uśmiechnęło się do mnie dwa razy. Pierwsze – gdy okazało się, że nie dość, że paczki weszły do auta, to jeszcze było miejsce. Drugie – gdy miałem świadomość, że moje łóżko nie posiada żadnych plastikowych elementów, bo byłem więcej niż pewien, że w tych temperaturach toby się co najmniej odkształciły. I jeszcze nie przydały się trzy namiary na firmy, co wynajmują busy do takich akcji. Chociaż też liczyłem się z tym, że w sobotę chuja mi pomogą.
Dodam tylko, że jak 20 lat temu zacząłem wozić meble po kraju, to nie było, że sobota czy niedziela, i woziło się klientom do domu, a nawet wnosiło – oczywiście nie za darmo.
Apropos sobót i tego, jak ludzie nie chcą zarabiać pieniędzy w te dni. Mam „nowe” auto i jestem bardzo zadowolony, ale trzeba serwisować na bieżąco, toteż przyszła kolej na serwis instalacji LPG i klimatyzacji. Od ponad trzech tygodni od momentu podjęcia decyzji, że trzeba to zrobić, szukałem w mojej okolicy warsztatu, który mi ogarnie chociaż instalację gazową. I… nie zgadniecie – nie ma takiej opcji. Wszystkie warsztaty, które znałem do tej pory, od lat już w soboty mają zamknięte na cztery spusty, a jedyny koleś, który 70 km ode mnie robi takie rzeczy, dwa razy odmówił, bo miał wyjazd. I liczył, że jednak mu swoje auto wstawię. A chuja, nie ma już szans, że u niego to zrobię.
Co więc zrobiłem? Umówiłem się z zaufaną osobą, pojechałem do niej, zamieniliśmy się autami. Ja pojechałem autem tej osoby do roboty, a w zamian ta osoba ogarnęła mój samochód w swoim miejscu zamieszkania w tygodniu. No bo, kurwa, inaczej się nie dało!
Wiem, powtarzam się, ale muszę: tak właśnie teraz działa nasz kraj, jak w głębokim PRL-u. Na każdym kroku stawia się człowiekowi przeszkody, które normalnie nie występują. I jeśli chcesz, by twoje życie jakoś szło do przodu, to musisz radzić sobie sam, kombinować i lawirować tak, by się udało. Dokładnie tak samo jak przed 1989 rokiem, a może i bardziej.
Nie ukrywam, że chociaż moi najbliżsi mówią mi, że jestem oazą spokoju i cierpliwości, to jednak zauważyłem, że coraz częściej się wkurwiam na różne sytuacje. I chociaż wiem, że są one niezależne ode mnie, to jednak strasznie wykotwicza z podstaw humanitaryzmu fakt, że chociaż chcesz iść prostą drogą, to nie ma jak, bo co chwila trzeba wykonywać różnorakie manewry, by wyszło na moje.
Póki co wychodzi i szczęśliwie żyję tak, jak chcę i jak mam ochotę. Myślę, że to największy sukces w tym wszystkim. Bo gdybym poddał się temu, co serwuje mi współczesny świat, to na pewno nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Na pewno nie pozałatwiałbym wielu spraw, które sprawiają, że wszystko idzie do przodu i mogę się rozwijać. Oraz na pewno z wieloma sprawami byłbym w „głębokim lesie” bądź (co oczywiście chciałby system) odpuściłbym i machnął ręką na wiele zagadnień.
Już kiedyś pisałem na moich łamach, że zasadniczo staram się być samowystarczalny. A konkretniej – tak drastycznie, że by kogoś poprosić o pomoc, musi być naprawdę sytuacja podbramkowa. Wychodzę bowiem z założenia, że (pomijając oczywiście osoby bliskie) zanim kogoś namówię do współpracy, wytłumaczę, o co chodzi, a potem będę patrzył, jak ktoś celowo robi z siebie idiotę, by pokazać, że nie potrafi bądź celowo nie chce, to ja już wolę dla siebie wykonać coś nawet trzy razy wolniej, niż się prosić. Jak widać, to podejście działa, chociaż jeszcze wtedy nie nazywałem tego neokomuną. Z innej strony pociesza fakt, że skoro ten świat stawia coraz więcej barier, wyzwań i absurdów, to pierdolone pokolenie Z ma coraz szybszą okazję zderzyć się z rzeczywistością.
Tutaj pragnę wrócić do mojego eseju Wielki Post, do którego odsyłam i serdecznie zapraszam do lektury. Czas mija, wręcz zapierdala, a ja jakiś czas temu pozwoliłem sobie zrobić mały research i… trzymajcie się! Pamiętacie postać Romana z tego eseju? No to musicie wiedzieć, że Roman to zlepek kilku postaci z mojego życia, połączonych w jedną i wysmażonych jak dobry befsztyk. Ostatnio sprawdziłem, co słychać u jednej z tych postaci i…
Okazuje się, że mój obiekt badań z niewiadomych przyczyn zmienił miejsce zamieszkania. Analiza zdjęć na socjalach daje wyraźnie do zrozumienia, że pomarniał, posmutniał i tak jakby „zwinął się w kłębek”. Może sam o tym nie wie, ale to, co widać na jego oficjalnych profilach, to jedno, a to, co umieszcza, komentuje i publikuje na innych stronach i grupach, to drugie. Jakie są wnioski? A no nasz ułamkowy Roman przeżył i przeżywa wielki szok. Jego stan to nic innego jak niemożność uwierzenia, że gdy zmienił lokalizację swojego bytowania, nagle – nie wiedzieć czemu, niezrozumiałym ciągiem zdarzeń – jest traktowany „normalnie”! Nie ma czerwonych dywanów, nikt mu nie mówi, że jest wspaniały, nie palą się w izdebkach maluczkich oraz w domach świątynnych świece sakralne i wonne kadzidła na jego cześć. Nikt nie bieli krawężników ani nie wystawia ołtarzy i kolorowych flag na cześć jego imienia. Żyje i egzystuje jak każdy inny człowiek i nie ma już wokół siebie samozwańczego grona uwielbieńców, którzy gloryfikowali go co chwila.
Mało tego, zmiana miejsca przebywania połączyła się ze zmianą rejonu, co w dalszym ciągu przyczynowo-skutkowym powoduje, że tam, gdzie kiedyś mieszkał, był pępniącym się z wychowania władcą świata, co obecnie w nowym miejscu nie dość, że jest olewane ciepłym moczem, to do tego spotyka się w najlżejszym przypadku z chłodem. Bo w tym rejonie ktoś stamtąd nie będzie dyktował warunków i ma się dostosować. A kto wie, może obecni rdzenni mieszkańcy pokazują mu, że „my tamtych to nie lubimy”. Dociera do niego, że nie jest u siebie, co widać nie tylko po zdjęciach, ale także po tym, jak pisze swoje „odkrycia”. Smutny to widok, który tak niezmiernie cieszy. Oczywiście mam świadomość, że by odbić się od dna, czasem wraca do „siebie”, by dostać pocieszenie i przejść odpowiednie nabożeństwa mające pokazać, jakiej niesprawiedliwości doznaje. No ale i tak miło było popatrzeć i poczytać, a za jakiś czas ponownie się sprawdzi, co tam u ułamka słychać. I chociaż nie znam przyczyn jego „emigracji”, to mam wrażenie, że chyba była przymusowa. Jednak znając życie, takie informacje, chcę czy nie chcę, i tak do mnie kiedyś dotrą. Także ułamku, jeśli to czytasz (a wiem, że Wielki Post czytałeś), to serdecznie cię nie pozdrawiam.
Idąc dalej przez życie (a piszę ten tekst bardzo długo), widzę, jak na każdym kroku coś musi nie działać. Jednak ostatnio zmieniłem nastawienie, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że czym mam się przejmować, skoro są rzeczy i zjawiska niezależne ode mnie. Na myjni niedaleko mnie nie działał odkurzacz. Nie zdziwiło mnie to, bo byłoby dziwne, jakby na tej wiosce coś działało. Jednak ostatnio podjechałem i… naprawili. A więc pieniądze zaczęły właścicielom być potrzebne i w końcu po wielu zgłoszeniach od użytkowników ktoś wziął telefon, zadzwonił do serwisu, a ci – chociaż pewnie nie chcieli – wzięli dupska z krzeseł, przyjechali i wzięli się do roboty. Naprawili i póki co to działa, więc skorzystałem.
Niezależność jest fajna, posiadanie rzeczy, które ułatwiają ci życie, to piękna sprawa, ale czasem fajnie jest, jak coś na zewnątrz działa. A będzie działać, gdy ktoś dba, zabiega i chce. No właśnie, dziś nikomu się nie chce. Ludzie żyją jak boty w grze online i jedyne bodźce, jakie mogą zmusić ich do samodzielnego działania, to te, które przynoszą korzyść lub zysk. A co bardziej smutne, ta korzyść i zysk często osiągane są na krzywdzie innych. Czego oczywiście nie widzą, bo znieczulica, jaką prezentują, sprawia, że moje nastawienie do ogółu się pogłębia i unikam ludzi, jak mogę. Po prostu wiem, że często konfrontacja, która oczywiście i tak finalnie będzie przeze mnie wygrana, pochłonie za dużo czasu i energii. A szczerze: nie chce mi się męczyć, bo ja mam za dużo swoich spraw i za mało wolnego czasu, więc chcę się skupić na tym dla siebie.
Zauważyłem, że szukając ścieżek do podtrzymania spokoju, wchodzę w nowe meandry, o których kiedyś bym nie pomyślał. I okazuje się, że zmiany przyzwyczajeń nie są takie złe. No bo tak: Rock Radio już nie istnieje, a zamiast niego w eterze FM powstało kiss fm (celowo z małej). Posłuchałem badawczo dwie godziny i mnie zemdliło. Przyszedł czas na nowe, więc regularnie słucham radia Yanosik Rock. To piękne odkrycie, bo nie ma za dużo gadania, a leci zróżnicowana muzyka rockowa i są informacje drogowe. Natomiast niedawno, będąc w Warszawie, włączyłem tak po prostu radio i… coś się znalazło, leciała muzyka i przytrzymała mnie. Okazało się, że to Chillizet. Tak wiem, coś spod bandery Radia Zet powinienem uznać za wroga śmiertelnego, ale… było na tyle przyjemnie, że zostałem kilka godzin z tą stacją. Teraz mam ją w ulubionych i często włączam w poranki, bo wolę ten ambient niż słuchanie innych stacji, gdzie nie dość, że leci ten sam ściek, to jeszcze zapraszani są do studia samozwańczy eksperci, którzy już na wstępie pierdolą ci, że wszystko robisz źle. Twierdzenie z tezą, które powoduje, że mówię „spierdalaj” i przełączam na inne. Poza tym unikam wiadomości, jak mogę! Serio, póki co świat się kręci i wolę posłuchać muzyki, niż dowiadywać się po raz enty, że ktoś nas ostrzega, że będzie źle.
Tak samo polityka… za każdym razem, jak wchodzę na FB, to pierwsze, co mi wyskakuje, to wpis jakiejś formacji politycznej. Oczywiście zgłaszam i blokuję, to potem wyskakuje mi wpis komend policyjnych, gdzie artykuł zaczyna się zawsze od „policjant/ka po służbie…”. Tak to sobie umyślili. Też blokuję i też zgłaszam. Nie jest jednak łatwo, bo tego jest tyle, że naprawdę chyba niedługo trzeba będzie przysiąść i ręcznie zablokować wszystkie partie i komendy!
A kończąc ten bardzo szeroki już tekst, powiem, że ostatnio widzę, jak wszelkiej maści media chcą mi wmówić, że w naszym kraju panuje ksenofobia w stosunku do „gości ze wschodu”. No cóż, tu też trwa ostre blokowanie i za jakiś czas przekonamy się, kto z mediów w ogóle się ostał i pokazuje realne informacje.
Jeśli doceniasz moją twórczość, możesz postawić mi kawę! Dzięki temu będę miał więcej energii do tworzenia nowych treści.

Zostaw Komentarz