Nie pamiętam kiedy pisałem podsumowanie roku. Chyba częściej zdarzało mi się to jeszcze za czasów platformy blogowej niż na stronie.
Teraz jakoś wzięło mnie na to by napisać kilka słów, bo przeglądając zdjęcia do filmu z kompilacją, dotarły do mnie pewne refleksje, które czuję, że chciałbym przekazać od siebie.
Jaki to był rok…? Wiele razy pisałem, że specyficzny. Mam wrażenie, że wręcz nadużywałem tego słowa gdy nie byłem do końca pewien jaki był, a najczęściej nie był wtedy najszczęśliwszy czy też udany.
Tym razem napiszę z pełną premedytacją, świadomością i odpowiedzialnością – Ten rok był rokiem przełomowym! I to pod wieloma względami.
Wiele razy na swoich łamach pisałem, że to jak wygląda rzeczywistość, zależy w głównej mierze od nas samych i tak naprawę wiele pozytywnego dzieje się w momencie gdy weźmiemy życie w swoje ręce. A jako, że brzydząc się hipokryzją sam staram się unikać bycia nim na co dzień, to co piszę w swoich tekstach to nie tylko puste słowa, ale także zasady, dewizy i stałe elementy kodeksu, którym kieruję się na co dzień. Także w tym roku bardzo silnie wziąłem sobie te słowa do serca i choć w latach ubiegłych również kierowałem się taką domeną, tak w tym roku wprowadziłem o wiele więcej zmian w życiu i to bardziej konkretnie i radykalnie.
Największą zmianą była praca. Pamiętam jak w lutowy, mroźny dzień pojechałem skierowany przez totalnie zjebanego umysłowo spedytora do Tarnowa Podgórnego na załadunek starej maszyny do asfaltu. Zimno jak skurwysyn, wjazd wąski, że ledwo udało się nie utrącić lusterek, sam plac dziurawy jak ser szwajcarski a na miejscu ekipa mówiąca w obcym języku i w dodatku totalnie mi nie znanym. Jeden tylko kierownik szprechał coś tam łamaną polszczyzną, a cała ta ferajna była głęboko zdziwiona, że ktoś w ogóle po to chciał przyjechać. Dowiedziałem się, że i tak nie biorę całości tylko część z 5 transportów. Mi trafiło się chyba najgorsze gówno, zero dużych elementów i większość to spleśniałe i trzymające się na słowo honoru skrzynie. Najpierw poszły metalowe elementy tak poukładane, jakby ktoś właśnie przegrał w bierki. Za tym reszta nawet nie wiem czego, ale wiedziałem, że muszę to zabezpieczyć.
Długi mozolny załadunek w mrozie i silnym wietrze. Ekipie się nie spieszyło, a ja ostro wtedy przeziębiony i wypluwający wręcz płuca, plujący flegmą, jebałem na czym świat stoi, że prosiłem spedytora by w te dni jak mam dreszcze na plecach, dawał mi humanitarne załadunki, ten dawał mi najgorsze z możliwych zleceń. Nawet w poprzedniej firmie nie miałem tak chujowego kursu. I gdy spinałem ostatni pas, i to nie ze względu, że tyle starczyło, tylko dlatego, że więcej nie miałem na stanie, patrząc jak ekipa która skończyła to wrzucać pije kawę i jara szlugi patrząc jak się z tym męczę, stanąłem po zaciągnięciu klamry i powiedziałem do siebie – „Co ja tu kurwa robię?”
I to był przełom. Niedługo później los mi jeszcze dopomógł, bo dzień przed tym jak miałem złożyć wypowiedzenie doznałem wypadku w domu. Poślizgnąłem się w łazience wychodząc spod prysznica, przez co upadłem tak niefortunnie, że rozwaliłem sobie łokieć i….zerwało mi trochę skóry na stopie. Na SOR-ze ładnie i szybko mnie pozszywali i opatrzyli a także dali L4. Z temblakiem na ręku następnego dnia złożyłem wypowiedzenie a szef jak zobaczył mnie w tym stanie to stwierdził, że nie będzie bulił za ZUS i skrócił mi okres wypowiedzenia. Tydzień później byłem już wolny i jak zdjęto mi szwy uruchomiłem moje kontakty i rozpuściłem wici….
I tak już kilka dni później stało się to, co planowałem od dawna – zamiast męczyć się w dziad transie na firanie megą, stałem się kierowcą ciągającym kontenery morskie! Od tamtej pory praca nabrała innego znaczenia. A już zupełnie inna bajka zaczęła się jak po 3 miesiącach zmieniono mi osobę spedycyjną, która to decyzja została podjęta po tym jak pod „batutą” kolejnej niekompetentnej osoby, stwierdziłem, że idę gdzie indziej i rzuciłem wypowiedzeniem. I o dziwo, po raz pierwszy w mojej karierze zawodowej ktoś chciał ze mną rozmawiać. Wysłuchano mnie, przeanalizowano sytuację i…poproszono bym został. Tym bardziej, że prześwietlono całą moją pracę, statystyki, spalanie itp. Zgodziłem się i zostałem i teraz po 20 latach w zawodzie czuję, że transport wygląda dokładnie tak jak powinien.
A kiedy tą sytuację mam stabilną, to stało się to zaczynem do realizacji wielu innych planów i założeń. I ktoś mógłby pomyśleć, że skoro cały czas jeżdżę i nie biorę urlopów, to pewnie moje życie to tylko kabina i wszystko co z nią związane. Tymczasem po zmianie spedytora w końcu mogłem zacząć planować weekendy i…..w te wolne dni „użyłem” więcej niż nie jeden co pojechał na dwu tygodniowe wakacje full exclusive. Byłem w wielu nowych miejscach, odświeżyłem stare miejscówki, jadłem zajebiste żarcie i spędzałem czas w oazach spokoju. Zresztą przegląd najciekawszych zdjęć jest w moim filmie, który jak co roku publikuję na moim YouTube.
Po sylwestra nie miałem jakichś postanowień, ale każdy dzień przybliżający mnie do końca roku, sam z siebie budował realizację planów i założeń. Wszystko ułożyło się wręcz same. Wystarczyła jedynie determinacja.
Odeszło ode mnie wiele znajomych, jeszcze więcej zakłamanych, fałszywych i wykazujących się hipokryzją sam zablokowałem, skutecznie eliminując ich ze swojego życia. Przyszło za to też wielu nowych znajomych, ludzi którzy nie dość że doskonale mnie rozumieją, to jeszcze dobrze czujemy się w swoim towarzystwie. Tak więc rachunek jest na plus, chociaż ilości nie są równe, ale jak to mówią, lepiej mieć kilku szczerych i wiernych niż wielu fałszywych.
Dotarły do mnie też wieści, że stałem się dla paru ludzi inspiracją. To chyba największy komplement, chociaż nie wiem czy moje postępowanie jest godne tego typu pochwał, ale i tak dziękuję, bo to miłe wiedzieć, że staję się godny naśladowania.
Ważne dla mnie jest też to, że jeszcze bardziej skrupulatnie zająłem się całą moją szeroko pojętą papierologią. Pewnego dnia zabrałem się i nie dość, że jak do tej pory wszystko mam w poukładanych teczkach, to również teraz jest zdigitalizowane. I to zarówno dokumenty, które już zostały zrealizowane, jak i te, które dopiero,…możliwe,…., że będą….
To wiąże się też z innym ciekawym zagadnieniem, bowiem udało mi się zrealizować coś co bardzo lubię, czyli nie kupować czegoś nowego a zreanimować dotychczas posiadane urządzenia. Dzięki temu moje obydwie drukarki działają jak nowe i nie muszę męczyć się ze sprzętami, które bez aplikacji i smartfona nie zrobią nawet kserokopii.
Z nowych urządzeń które ułatwiają życie to przede wszystkim urządzenie do próżnowania żywności i nie tylko. Świeżość i izolacja! Nie ma to jak wyciąga się z lodówki w samochodzie w czwartek wędlinę, która wydaje się być świeższa niźli podczas kupowania w sklepie. Nie wspomnę już o tym jak pomaga to pakować się na wycieczki. A najbardziej oszczędziło to miejsce w kabinie, gdy zapróżnowałem przeciwdeszczowy sztormiak, który do tej pory był po złożeniu grubą rozetą, teraz jest płaskim plackiem, który czeka na użycie, gdzie wystarczy kawałek noża i jest w gotowości do użycia.
Drugą maszynką zakupioną niedawno była laminarka do dokumentów. Ta używana rzadziej ale za to jak pomaga w codzienności. Wszystkie mapy portów czy hubów kontenerowych teraz pod ręką i nie spadają, nie zaginają się i mogę po prostu oprzeć je o tablet i jechać po porcie na wskazane miejsce. Bajka po prostu i okazuje się, że te urządzenia są bardzo tanie i skuteczne – polecam!
I w sumie miałem nie wspominać, ale…..jednym z najważniejszych kroków technicznych było przejście z systemu Windows na Linux. Aż mi głupio, że dopiero teraz, ale to była najważniejsza decyzja jeśli chodzi o zmianę myślenia o technologii w moim otoczeniu. I nie zgodzę się z autorem pewnego poradnika na YT, który stwierdził, że jak ktoś instaluje Linuxa obok Windowsa, to szybko wróci do windy! Mam obydwa systemy na komputerze i do Windowsa wracam jedynie jak muszę pracować na plikach do których Linux nie ma dostępu, bądź użyć programów za które zapłaciłem nie raz nie małe pieniądze. A tak to każde urządzenie które posiadam i ma dostęp do internetu jest oparte na Linuxie (bo tak android to też Linux!). Tak wiem, że z jednej strony część marginalnej oponencji pewnie opluła teraz ekran, że głupi jestem, że dopiero teraz, z drugiej ja już nie muszę dbać, chuchać i zabiegać o całą infrastrukturę zabezpieczeń przed różnymi atakami. Teraz system robi to za mnie. A 32 gb RAM-u mojego kompa może skupić się na bardziej przyjemnych zadaniach niż stanie na straży. A po prawdzie Linux został zainstalowany jak dowiedziałem się, że Windows 11 robi co minutę 3 screeny i wysyła do Billa Gatesa, rzekomo w imię troski i bezpieczeństwa….
No to się Pan Bill przeliczył i myśląc, że jak zagrozi brakiem wsparcia 10 to ludzie przejdą na 11. Tymczasem jestem przykładem „fali” przechodzenia na Linuxa by pokazać, że nie mam ochoty na inwigilację i kontrolę.
I uwaga! Na Linuxie wszystko chodzi lepiej. Nawet drukarka HP pod Wi-Fi na Linuxie drukuje szybciej niż na windzie pod kablem….
W tym roku stuknęło mi 40 lat życia i 20 lat działalności jako KornFanHead. Co do wieku moje nastawienie nie zmienia się od momentu napisania wpisu urodzinowego. Nawet zaskoczony jestem tym jak można cieszyć się życiem i czuć się młodo. Nie mówię, że w moim ciele nic nie skrzypi i nie strzela, ale póki co jest jeszcze bardzo dobrze naoliwione. Duża w tym zasługa mojego lekarza, który prowadzi mnie bo…..w przeciwieństwie do wielu moich rówieśników ja daję się prowadzić. Ilu to kolegów nie ma już na tym łez padole, bo wierzyli w swój tryb nieśmiertelności i przed 40 odeszli na zawały, wylewy itp. Ja trafiłem do mojego lekarza w trudnym okresie z którego pięknie mnie wyprowadził, a teraz tylko regularna analiza, konsultacja i można żyć dalej. Zresztą na moje zdrowie najlepiej wpływa sama wizyta, rozmowa i potwierdzenie, że jest dobrze. I piszę to by od siebie dodać cegiełkę promowania regularnych badań. Człowieku! Nie ważne czy masz 20, 30, 40, 50 czy więcej lat, czy jesteś kobietą czy mężczyzną. Nie ważne jaki masz stosunek do służby zdrowia i czy nienawidzisz NFZ a do prywatnego nie chcesz pójść bo za drogo. Pamiętaj że służba zdrowia, jak sama nazwa wskazuje jest służbą i jest dla Ciebie – pacjenta. Nawet jeśli twój rodzinny to gbur i łapówkarz, to finalnie jest on lekarzem i ma obowiązek Cię leczyć! Warunek jest jeden – Ty sam musisz chcieć wykonać pierwszy krok i się do niego udać.
Oddać trochę krwi i moczu to mały wysiłek by przekonać się, że wszystko jest ok, bądź by okazało się że można wprowadzić jakieś leczenie. Nie zawsze to początek końca, bo właśnie po to idziesz by zareagować gdy jest jeszcze na tyle dobrze, że wystarczy farmakologia bądź zalecenia zmiany trybu życia.
Piszę to jako żywy przykład, bo w Jadohejt 2 opisywałem, że mój stan zdrowia nie napawał optymizmem. A jednak dobrze poprowadzony, prawie nie pamiętam tego czasu i cieszę się, że jak na mój PESEL moje zdrowie i forma są zaskakująco, nawet jak dla mnie dobre. To właśnie dzięki temu w dniu kiedy skończyłem 40 lat, idąc zarejestrować się na załadunek, pomyślałem sobie „Woow mam 40 lat a wcale na tyle nie wyglądam i się nie czuję”. Co zresztą potwierdzają opinie ludzi wokół. Wystarczy chcieć – naprawdę!
Wolę zresztą być piewcą tych słów niż wspomnieniem, że był sobie taki Marcin ale zaniemógł i szkoda chłopa.
Tak jak u każdego, nie wiem ile pożyję ale każdego dnia jestem wdzięczny, że się budzę i żyję, mam dwie ręce i nogi, oddycham, chodzę i mogę zrobić wiele. Nawet jak przy końcówce roku znów prawie „zmiotło mnie z planszy” i dopadł mnie jakiś wirus. Nauczony doświadczeniem z zegarkiem w ręku (dzięki ci boże za smart opaskę), brałem na przemian aspirynę i za kilka godzin węgiel. Razem oczywiście nie można bo węgiel dezaktywuje wszystkie inne leki, ale przy okazji zabiera ze sobą wszystko to co złe w organizmie prosto w ostatnią podróż do jelita grubego. I udało się, bez antybiotyku i wizyty u lekarza, który akurat w tym czasie miał pełne ręce roboty! W święta było już ok. A teraz piszę, co prawda jeszcze trochę „przysuszony” i z gojącym się nosem od ciągłego używania chusteczek. Co nie zmienia faktu, że znów wyszedłem na prostą i mogę działać dalej.
No i jest moja strona na której publikuje te słowa. Strona, która gdy mam okresy przerw od pracy, zasiana jest postami aż za gęsto. A gdy dzieją się inne, ważne rzeczy, mam flow na coś kompletnie innego lub po prostu nie mam czasu by pisać, ona czeka cierpliwie i jest moim oczkiem w głowie. Regularnie aktualizowana, opłacana i sprawdzana pod kątem spamu, który jest lepszym wyznacznikiem wszelkich wskaźników odwiedzin niż każde narzędzie analityczne. Swoją drogą zachodzę w głowę, że te wszystkie spamerskie, by nie powiedzieć spermiarskie komentarze od natrętnych botów, one myślą że to trafia na stronę w publiczne komentarze. Oczywistym jest przecież, że zanim cokolwiek wyświetli się oficjalnie, przechodzi przez moderację i bez mojej wiedzy nie ma szans by się pojawiło. Tak samo jak na mediach społecznościowych, gdzie blokowanie masowe stało się już stylem internetowego życia i życzę naprawdę każdemu by dorobił się tak wyczyszczonej przestrzeni w tym zakresie, jak jest to u mnie.
I mam świadomość, że piszę te słowa w przededniu prac nad wdrożeniem aktu DSA, które jeśli wejdzie to ludzie zatęsknią za ACTA. Tylko tym razem ludzie nie wyjdą na ulicę a moja strona….No cóż…Dotarły do mnie wieści, że Unia wprowadza „Zaufanych Sygnalistów”. Nawet nie chce wiedzieć, kto będzie w tym gronie, ale już wiem, że to nawet nie są ludzie, bo humanitaryzm i człowieczeństwo mają swoje definicje. A te osobniki już w tym momencie, nawet jeśli jeszcze nie zostali wybrani, nie mieszczą się w żadnej z nich i gardzę nimi całym sobą. A w hierarchii świata są niżej niż robak, który przykleił się do gówna, które przykleiło się pechowo do podeszwy mojego glana. Tak czy inaczej akt, który ma niedługo wejść może sprawić, że moja strona może zniknąć. Od tak, za jednym przyciskiem komisji, której wydawać się będzie, że moje treści są nieodpowiednie. I tutaj oponencja mogłaby mieć używanie, ale ta sprawa tyczy się dosłownie każdego. Więc można obudzić się pewnego dnia z zaskakującym wnioskiem, że nie dość, że usunięto nasz wpis w mediach społecznościowych to jeszcze zablokowano bądź usunięto nam konto. Tak po prostu, bo „zaufany sygnalista” stwierdził, że w jego opinii, czyli tak dyplomatycznie brzmiącej „interpretacji” nasze treści są złe i zablokowano je bądź usunięto, zakrywając się aktem DSA.
Oczywiście to idealne pole do nadużyć, do wykorzystywania tego w celach politycznych, no i jeszcze jaka pożywka do aktywizacji starych i tworzenia się nowych konfidentów. Skoro więc jeszcze to nie weszło, to ja mogę swobodnie pisać. I od razu mówię, że tak jak o ACTA pisałem na długo przed tym zanim większość się zorientowała, tak chciałbym by to DSA okazało się tylko niesmacznym żartem i mdłym wspomnieniem.
Wspomnieniem powoli staje się 2025 rok, który był wyjątkowy, piękny i przełomowy. Ścieżki życia zaprowadziły mnie do miejsc, do których nigdy nie przypuszczałbym, że uda mi się trafić. To dzięki temu moja mapa została uzupełniona o punkty nie oczywiste. Los sprawił, że często stało się to w momentach gdy czynnik ludzki chciał mi dopiec a paradoksalnie dzięki temu mogłem odkryć coś zupełnie nietuzinkowego i pięknego.
Z tego miejsca chciałbym podziękować wszystkim ludziom spotkanym na swojej drodze. Dzięki Wam to był rok pełen emocji, piękna i człowieczeństwa. I kto wie, może dzięki temu znowu zacznę wierzyć w ludzi….?
Dziękuję też Tobie drogi czytelniku, że mimo małej aktywności nadal tutaj jesteś i czytasz oraz oglądasz moje treści. A także mojej marginalnej już ale jednak oponencji. Dzięki Wam mam pięknie podbite statystyki, szczególnie wpisu i filmu podsumowującego miniony rok.
Niech kolejny rok będzie dla wszystkich chociaż tak dobry jak ten który właśnie odchodzi do historii. Trzymajcie się zdrowo!
Zostaw Komentarz