No Choice. Felieton

with Brak komentarzy

Praktycznie nie poruszam na swoich łamach tematów związanych z polityką. Jednakże kiedy zjawiska wokół niej przynoszą ciekawe wnioski, można delikatnie podjąć rękawicę.

 

 

Jak każdy obywatel mam prawa wyborcze i mieszkam w miejscu, gdzie w dniu wyborów jest komisja, która ma mnie na swojej liście, dzięki czemu po okazaniu dowodu osobistego mogę oddać swój głos. Tak więc te sprawy dotyczą i mnie, chociaż wolę być od tego jak najdalej, to jednak mam świadomość, że żyjemy w czasach, że nawet jak ktoś twierdzi, że nie interesuje się polityką, to polityka interesuje się nim.

W obecnym czasie mam bardzo komfortową sytuację, bo jako, że na poziomie lokalnym nie jestem zbyt przesadnym patriotą, to z wielkim dystansem obserwowałem, to co się działo podczas nazwijmy to kampanii. A działy się rzeczy tak rozweselające, iż uznałem, że nadają się na dość humorystyczny felieton.

To co na plus, to świadomość, że przeciwieństwie do ubiegłych kampanii wyborów samorządowych nie posunięto się do pewnych „chorych” posunięć, jak np., wciągnięcie mnie w polemikę, poprzez komentarz na jednym z lokalnych portali, gdzie ktoś podpisał się moim nazwiskiem i to dając opinię zupełnie sprzeczną z moimi poglądami. W dodatku nikt usilnie nie starał się mnie przekonać który z kandydatów na włodarza jest lepszy. To jednak wynika z kilku powodów, po pierwsze, po akcji z ponad dekady, kiedy to nagle, nie wiedzieć czemu, osoby które chociaż miałem z moich okolic w znajomych w social mediach, chociaż do tej pory nie odzywały się do mnie, nawet nie pisząc „Stówa” w dniu urodzin, w tym czasie pisały wiadomości propagandowe.

Tu wyszły na jaw dwa zjawiska, pierwszy to fakt, jak zajadła była kampania, że nawet prywatne osoby zaczęły przekonywać, a może lepiej powiedzieć nagabywać innych na tego a tamtego kandydata. To już samo w sobie było śmieszne, a co gorsze przerażające jest to, co po drugie czyli, że jeśli do tej pory wydawało mi się, że są jeszcze osoby z mojego otoczenia bliższo-daleszego, u których podejrzewałem występowanie logicznego umysłu i chociaż podstawowej inteligencji, to ta sytuacja ostatecznie pozbawiła mnie złudzeń.

Ja wrzuciłem fakty wciągnięcia mnie w kampanie i niezdrowy ruch społeczny w jeden worek i na swoich social mediach najpierw napisałem co o tym myślę post factum, by uderzyć z grubej rury podczas poprzednich wyborów. Napisałem wszem i wobec, że jeśli jeszcze raz zobaczę, że ktoś śmie użyć mojego nazwiska w ramach tej chorej gry, oraz jeśli dostanę od kogoś wiadomość w stylu „słuchaj głosuj na tego”, to najpierw zgłaszam taką osobę do administracji portalu, blokuję a potem wklejam screena takiej wiadomości do publicznej galerii, która obnaży kto się w to bawi. Oprócz tego sprawę wciągnięcia mnie w agitkę składam do mojego prawnika, który znając materiały z poprzedniej akcji, już zaciera ręce bo obydwoje sobie na tym nieźle zarobimy a i satysfakcja przeprosin w jakiejś gazecie jest tak samo kusząca.

W ten sposób pięknie kupiłem sobie spokój i mogłem już tylko obserwować jak psy szczekają dalej a ja mogę mieć na to wywalone. Tym bardziej, że właśnie w takim czasie z ludzi zaczęła wychodzić prawdziwa natura i byli sobą w swoim zacietrzewieniu i zajadłości. Co tylko i wyłącznie potwierdzało moje zdanie o ogóle.

W tym roku jednak takie manewry nie miały miejsca i to z zupełnie innych powodów niż moje posunięcia taktyczne. Czas leci i nawet najbardziej zdezorientowani zaczęli rozumieć, że posunięcia rodem z czasów Gomułki trącą już myszką i trzeba się zabrać do promowania siebie (mowa o kandydatach) i innych (kandydaci do rad, oraz poplecznicy) z jakąś namiastką stylu i aktualnych trendów. I chociaż były chęci, to jednak nie wyszło im wiele rzeczy i to na tak podstawowych poziomach, że do dziś przepona boli mnie ze śmiechu.

Zacznę od tego, że każdy z kandydatów w moim okręgu prawidłowo wpadł na pomysł, by zacząć promować się w internecie. Dlatego też zaczęli swoje kandydatury przedstawiać na facebooku. Tylko tutaj obydwaj popełnili karygodny błąd! Otóż każda szanująca się marka doskonale zdaje sobie sprawę, że chociażby z podstawowego szacunku dla swoich odbiorców, należy założyć stronę, czyli popularnie zwany „fanpage”. Posiada go każda dobra instytucja, rozgłośnia radiowa, zespoły muzyczne, nawet ja i wielu innych co „wiedzą w internety”. Niestety kandydaci założyli swoje komitety w których promowali siebie i „bandę wesołych szajbusków”, czyli swoją obstawę chętną objąć miejsca w radzie, jako (uwaga!) profile osobowe…..

To niestety ostatnio żenująca plaga na facebooku, z którą walczę jak mogę, zgłaszając profilaktycznie każdy taki przypadek, gdy widzę w propozycji do znajomych w ramce „osoby które możesz znać” nie osoby prywatne z imienia i nazwiska, a różne marki typu „wiertbet”, „Katarzyna Odkryj Siebie” czy „KWW Jan Kowalski” i inne tego typu. Bo dla mnie takie przypadki są tak samo postrzegane jak fikcyjne konta, których plaga jest jeszcze szersza.

Regulamin mówi też wyraźnie, że profil osobowy dotyczy osób a nie firm, więc wszystko się zgadza. Dlaczego więc wielu zakłada swoje marki pod profilem a nie stroną? Odpowiedź jest prozaicznie prosta, na fanpage musisz starać się o followersów, którzy nie zawsze są skłonni kliknąć „lubię to”, za to jako osoba możesz zapraszać do znajomych całe tabuny ludzi. Wykorzystywana jest przy tym psychologiczna sztuczka, bo ludzie lubią być zapraszani do znajomych i chętniej na to przystaną. Dzięki temu liczba zainteresowanych jest większa niż na stronie, ale to jednocześnie pokazuje jak idzie się na skróty. Bo prawda jest taka, że liczba followersów ukuwa się w czasie, kiedy twoja marka zaczyna robić się znana i rozpoznawalna.

Dlaczego więc Facebook nic z tym nie robi, że powstają profile osobowe firm, klubów i stowarzyszeń? Bo tak samo jak w przypadku profili osobowych takich jak „Marek Marek”, „Anna Anna Anna” lub „Ag Nieszka”, serwis po prostu nie wyrabia z kontrolą i zgłoszeniami. Codziennie wpływa ok 7 milionów (7 000 000) takich zgłoszeń i nie ma takiej ludzkiej siły, która by to przerobiła.

Tak więc kandydaci wykazali się po prostu brakiem profesjonalizmu zakładając profile osobowe i żaden z nich nie wpadł na to, że mógłby zyskać o wiele większe poparcie w momencie gdyby ten błąd naprawił i pokazał porządną stronę pełną dobrych zdjęć i całym pakietem informacji. Tym bardziej, że założenie strony jest darmowe, można ich zakładać wiele a obsługa jest równie prosta jak zwykłego profilu, jeśli nie prostsza. W dodatku na stronie widać wszelkie statystyki odwiedzin dzięki wbudowanemu systemu analytics. Być może to albo źli doradcy od PR-u lub co gorsza ich brak sprawiły, że nikt żadnemu nie powiedział jak się to prawidłowo robi. Pod tym kątem obydwaj polegli na kanwie podstawowej. Chociaż z drugiej strony, może to był przemyślany krok, bo swoim manewrem nie wykazali się bezmyślnością a jedynie dostosowali się do poziomu wyborców.

O tym, że w tej kampanii nikt nie ośmielił się wysyłać mi prywatnych wiadomości w stylu „głosuj na tego czy tamtego”, nie świadczy jedynie fakt mojej zagrywki taktycznej z poprzedniej kampanii.

W Jadohejcie 3 wyraźnie zaznaczyłem, że po ubiegłorocznym donosie na mnie do ZUS, wdrożyłem w życie „czyszczenie” mediów społecznościowych. Blokując nie tylko wszystkie osoby związane z moim byłym miejscem zatrudnienia, ale także a może przede wszystkim całe otoczenie bliższo-dalsze, które rozlało się nawet na okoliczne gminy i dalej, jeśli tylko zauważyłem jakieś znaczące powiązania lub zależności. To dlatego teoretycznie odciąłem możliwość takich wiadomości, gdyż ta społeczność jej nie ma, jeśli dla nich tam nie istnieję.

Teoretycznie, bowiem błąd w postaci założenia komitetów w formie osobowej zrobił mi wielką przysługę. Otóż gdy wydawało mi się, że zasadniczo wszyscy możliwi zostali odesłani do niebytu poprzez internetową ewaporację, nagle wyłonili się w dość sporym gronie, wyrażając swoje poparcia na tych profilach. Innymi słowy, to co zafundowali mi obydwaj kandydaci to niesamowite żniwa i blokady szły hurtowo a przy okazji wyszło na jaw parę ciekawostek. Okazuje się, że są osoby, które blokowałem nawet po raz piąty, gdyż nie wiem czy to przez zapominanie hasła, czy z innych powodów, zakładają od nowa swoje konta. Inni natomiast założyli swoje profile tylko i wyłącznie na potrzeby kampanii, gdzie główny cel to wyrażenie swojego poparcia. I podali tylko swoje imiona i nazwiska, bez żadnych zdjęć czy innych danych. Wynika z tego, że często takie profile mogły być zakładane przez dzieci lub wnuków, byle tylko niezbyt ogarnięci w sieci seniorzy mogli wyrazić swoje poparcie. Z tego miejsca chciałbym bardzo serdecznie podziękować obydwu kandydatom, za to że dzięki nim, w tym gorącym, szczęśliwie przeszłym już czasie, miałem okazję „uzupełnić luki” w mojej czystej przestrzeni. Szczególnie kiedy wszyscy pokazywali swoje prawdziwe oblicza w gorącej atmosferze kampanii. To było piękne i mam nadzieję, że następna okazja do tak pięknej „czystki” będzie już za pięć lat!

To jednak nie koniec tego na czym polegli nie tylko kandydaci ale także ich poplecznicy i to na równej linii. Każdy kto czyta moje recenzje, felietony czy eseje doskonale zdaje sobie sprawę, że przykładam jak najwięcej starań do poprawności pisowni, interpunkcji, ortografii, gramatyki a nawet stylistyki. Każdy tekst przed publikacją czytam co najmniej trzy razy a potem jeszcze słucham przy pomocy syntezatora mowy. Bywa i tak, szczególnie przy dłuższych formach, że zanim tekst ukaże się publicznie, wysyłam go przedpremierowo pewnym osobom, które z racji swojego zawodu, dają mi podpowiedzi, bądź same wprowadzają odpowiednie korekty. Dzięki temu mam pewność, że to co się okazuje jest dobre jakościowo i maleją szanse na „przytyki” o literówkach czy innych błędach. Bo naprawdę czasem nie ma nic bardziej wytrącającego z fundamentów humanitaryzmu niż świadomość, że ktoś po przeczytaniu tekstu w który włożyłem tyle pracy intelektualne i poświęciłem mnóstwo czasu, jedyne co ma do powiedzenia to „masz literówkę”. I co ciekawe w Jadohejt 3 jest jedna literówka i to wskazana przez wspomniane wyżej osoby. Zostawiłem ją jednak celowo, gdyż uznałem, że jest to potwierdzenie tego, że teksty piszę sam bez wspierania się sztuczną inteligencją. A jeśli na osiem stron maszynopisu (bez akapitów robionych „twardym enterem”) występuje jedna literówka (którą zresztą można by natychmiast skorygować), to wynik lepszy niż najlepsze matury czy prace naukowe na studiach.

Piszę o tym, by pokazać jak staram się jak mogę, niezależnie czy piszę coś na moją stronę, w internecie czy w korespondencji elektronicznej, zachowywać jak najwyższe standardy. Tymczasem w potyczkach słownych między kandydatami, odpowiedziach w postaci bezpośrednich komentarzy, czy wypowiedziach popleczników jak również ich komentarzach do komentarzy, aż raziła ilość popełnianych błędów. O znakach interpunkcyjnych już nawet nie wspomnę, ale brak zaimków, czy „zjadanie” wyrazów wręcz bolało i sprawiało, że oczy krwawiły. Bardzo psuło to całość wypowiedzi, bowiem każdy starał się wypowiadać stonowanym, oficjalnym językiem. Dlaczego więc takie błędy występowały? Na to też mam odpowiedzi. Kiedyś analizą tekstu pisanego zajmował się grafolog. Tylko, że taki specjalista swoją pracę opierał na piśmie odręcznym. Nie zmienia to faktu, że także tekst pisany na komputerze, czy też za pomocą smartfona również można poddać analizie. I tak jeśli jakiś polityk, chociażby jego wypowiedź pisemna posiadała znamiona tonu oficjalnego i jednocześnie merytorycznego, to „zjadając” wyrazy i zaimki odsłania się z tego, że to co pisał było pod wpływem emocji i robił to odruchowo. Przez to można odczytać, że ktoś kto wydaje się być oazą spokoju, popełniając taki manewr wręcz pokazuje jak bardzo jest napięty i przeżywa całym sobą daną sytuację. I o ile zrozumiałe jest to wśród popleczników, którzy „z marszu” reagują na ripostę kogoś z „wrogiego” obozu, pisząc swoje opinię aż „trzęsąc” się w środku, tak od kandydata na włodarza wymaga się trochę więcej.

Kolejnym zjawiskiem, który sprawił, że kampania była bardziej komedią niż poważną akcją polityczną, była oprawa wizualna obydwu komitetów. Mam nieodparte wrażenie, że sesje zdjęciowe do profili i plakatów robione były chyba po znajomości lub po taniości. O ile lokalne władze szczycą się tym, że wśród mieszkańców są osoby które naprawdę znają się na fotografii, czego dowodem mogą być wystawy zdjęć a nawet wydrukowanie specjalnych albumów, to chyba ci specjaliści nie zechcieli współpracować ze swoimi włodarzami czy też kandydatami na następnych. Wynika to z tego, że porządnie podchodzący do swojego fachu fotograf nie pozwoliłby sobie na spartolenie swojej pracy w taki sposób jak to finalnie miało miejsce. To ważne, bo to jak dana osoba wygląda na fotografi, która ma ją reprezentować, jest również wizytówką człowieka, który to zdjęcie wykonywał. W przypadku jednego z kandydatów, fotograf zapomniał wspomnieć, że nawet marynarka może być poddana procesowi prasowania. Jeśli nie pasuje ona do ogólnego looku, to wtedy można ją zdjąć i np., zarzucić przez ramię, trzymając w dłoni. W ten sposób dana persona nie dość, że wygląda korzystniej, to jeszcze prezentuje sobą odpowiednią dozę luzu. Wyszło jak wyszło.

W przypadku drugiego, który ma na tym polu doświadczenie, zdjęcie wyszło dobrze, co nie zmienia faktu, że mina na nim mówi od lat „zrób mi dobre zdjęcie, bo jak nie to postaram się byś już tu fotografem nigdy nie był”. Za to ekipa chętnych do rady w swojej prezencji na zdjęciach dostarczała wrażeń bardziej z kroniki kryminalnej niźli jako godni zaufania przyszli decydenci. Ich ustawienie podczas sesji może być przykładem na to, jak stosuje się zasady, które najczęściej są największymi błędami. A takimi niewątpliwie są wręcz przesadnie uniesione do góry twarze, cofanie głowy do tyłu, przez co większość wygląda jakby była „karkami” z grupy gangsterskiej a innym razem z uwydatnionymi przesadnie podbródkami, które paradoksalnie w rzeczywistości aż tak wielkie nie są. W dodatku większość z nich chciała zachować powagę a wyszło to jakby mieli „kołki w tyłkach”, więc aż biła sztywność i spięcie. Innym wrażeniem jest to, że w przypadku wszystkich sesji kandydaci, oprócz samych liderów, wyglądali jakby ta sesja była jedynie przykrym obowiązkiem a nie niezbędnym elementem by się zaprezentować jak najlepiej i co najważniejsze zareklamować, by wyborcy chcieli na nich oddać głos. Tu słowa pochwały dla niektórych Pań, bowiem niektóre olały zalecenia fotografa i zamiast dać się „wcisnąć” w ramy zdjęcia do legitymacji więziennej, delikatnie odchyliły swoje lica, oraz wykazały się nawet dyskretnymi uśmiechami, przez co w końcu dało się odczuć, że ktoś to robi na poważnie.

Wybory minęły i niezależnie od tego, kto wygrał, to zdania nie zmieniam i wiem, że żaden z startujących nie jest godzien na to stanowisko. Moje nadzieje są tylko w tym kierunku, że rejon zostanie szybko i skutecznie posprzątany z zalegających na płotach i budynkach plakatów wyborczych. Te zawsze są dla mnie dowodem na to, że potem szeroko się mówi, że na to czy na tamto nie ma pieniędzy, za to jak się okazuje, na szturm kampanijnych banerów znajdują się zawsze.

Zresztą moje podejście do władz lokalnych czy nawet tych wyżej, jest od dłuższego czasu jednakowe. Póki nie wchodzą mi na moje podwórko bez pozwolenia, to niech sobie stosują swoje gierki i agitkę, która zaczyna się już od ogłoszenia wyników. Winni za ich obecność są wyborcy, bo to oni wybierają w swojej zdecydowanej większości, kto ma ich potem reprezentować. A jeśli potem psioczą, to mogą sami sobie być winni.

Kazik Staszewski na swojej solowej płycie Spalam Się z 1991 roku, popełnił utwór Jeszcze Polska w którym występuje cytat „Coście skurwysyny uczynili z tą krainą”, który do dziś jest jej nieoficjalnym tytułem. Najczęściej puszczany przez niezadowolonych wyborców zaraz po wynikach. Dla mnie ten cytat nie tyczy się samych polityków, a bardziej wyborców, którzy mieli szansę na zmiany, na lepszy wybór a jak zawsze pokazali swój poziom umysłu a raczej jego brak.

Tak więc to co najlepsze w wyborach, to fakt, że po wynikach mijają i szybko się zapomina o tym całym szambie, które towarzyszyło kampanią. I jest jakiś spokój na kilka lat a potem….potem znów tłuszcza, motłoch i gawiedź wybiera tych samych, którzy mają ich głęboko w dupie.

 

 

P.S. Dojrzałem już do tego, by świadomie i dobrowolnie nie uczestniczyć w wyborach. Tak jak wiele moich autorytetów, którzy od dawna głosili swoje przekonanie, że skoro nie ma na kogo głosować, to po co się kwapić by iść oddać nieważny głos, tak i ja zrobiłem dokładnie tak samo.

Spacer w plenerze i obcowanie z naturą były o wiele przyjemniejsze niż oglądanie „zakazanych mord” zarówno w komisji jak i w przybyłych na głosowanie.

A swoją decyzję o nie pójściu umocniłem w momencie gdy dotarło do mnie, że chociaż każdy z kandydatów przedstawił swój opasły program, to nie było tam nawet słowa o tym jak mają się w mojej gminie sprawy dotyczące obrony cywilnej. I skoro podobno to wyjątkowe miejsce tak wyróżnia się na tle całej Polski, to chciałbym wiedzieć, czy sytuacja dotyczy również zadbania o miejsca ewakuacji, zagospodarowania nowych budynków, na które poszły miliony z inwestycji, jako potencjalne schrony i czy w ogóle coś takiego jak „ochrona cywilna” w tym miejscu na ziemi istnieje.

A ten tekst specjalnie publikuję po wyborach, bo przed nimi, kto wie, może ktoś by wyciągnął wnioski i zastosował się do dobrych rad. Chętnie wrócę do tego tekstu w przyszłej kampanii by sprawdzić, czy ktoś dodał ten felieton do zakładki „ulubione”.

Zostaw Komentarz