Summer Dying Loud 2017. Aleksandrów Łódzki. Pierwszy dzień festiwalu. Relacja (foto, video)

with Brak komentarzy

Schammasch

Summer Dying Loud 2017. Aleksandrów Łódzki. 8 IX 2017.

Opadł już kurz po dziewiątej, bardzo ekstremalnej edycji festiwalu Summer Dying Loud w Aleksandrowie Łódzkim. Większość uczestników, którzy do dziś leczą ból karku od machania głową, liczy już dni do jubileuszowej dziesiątej edycji. Emocje jednak nie opadły i warto pochylić się nad tym jak wyglądał pierwszy dzień tego niezwykłego festiwalu.

Zacznijmy od zaplecza bo w końcu dane było mi się z nim dobrze zapoznać. Chociaż Summer Dying Festiwal wydaje się być brutalną, ekstremalną i pozbawioną kontroli, granic i hamulców imprezą, jest jedną z najbezpieczniejszych tego typu w Polsce. Organizacja stoi na wysokim poziomie i przekonałem się o tym już pierwszego dnia, kiedy to ochrona z dużym wyprzedzeniem informowała co i jak, jeśli chodzi o robienie zdjęć czy poruszanie się po terenie wokół sceny. Przyznam szczerze, że pierwszy raz spotkałem się z taką dokładnością.

 

Jest to bardzo istotne ponieważ jeśli kwestie formalne są przekazane odpowiednio szybko, to każdy wie co może robić i nie wchodzi sobie w drogę bo zasady są ustalone od wejścia. Tak więc cała grupa dziennikarska wiedziała co i jak ma robić, a ochrona mogła spokojnie skupić się na pilnowaniu porządku i bezpieczeństwa tłumnej publiczności.

Jako muzyk, dziennikarz czy zwykły widz, byłem już na wielu festiwalach, koncertach, występach i imprezach masowych. Widziałem wiele takich wydarzeń z masą artystów, ale kiedy zobaczyłem listę zespołów, kolejność ich grania oraz czas w jakim mają pojawić się na scenie, to przyznam szczerze, że szczęka mi opadła i poczułem wielki respekt dla organizatorów, jak to wszystko rozwiążą. Praktycznie każdy z zespołów rozpoczynał koncert o równej godzinie. Biorąc pod uwagę czas na zestrojenie, formalności techniczne i zapowiedzi, to było wielkie wyzwanie by każda kapela mogła odegrać regularny set na scenie.

Jak się okazało wszystko grało jak w zegarku, wywieszonym po prawej stronie patrząc od barierek. Zdarzały się poślizgi czasowe w miarach 5-10 minut, ale przy takim festiwalu to jak sekundy. Każdy uczestnik Summer Dying Loud Festiwal mógł być pewien, że jeśli chciał przybyć na konkretny zespół, to z wielką dokładnością udało mu się to według festiwalowej rozpiski.

Także wielkie brawa dla organizatorów, ekipy technicznej, ochrony i każdego człowieka, który przyczynił się do tego by ten festiwal został zapamiętany jako wielkie święto ciężkiego łojenia do którego chce się wracać każdego roku!

 

Ale przejdźmy do muzyki, bo ona jest w tym wszystkim najważniejsza. Pierwszy dzień rozpoczął się w miarę spokojnie. Warszawski zespół 4 Dots otworzył festiwal swoją instrumentalną charakterystyką. Przyznam szczerze, że zaskoczyło mnie to, że po pierwsze są jeszcze zespoły, które grają bez wokalu a ich muzyka broni się sama. Po drugie, że ładunek energii w ich twórczości przyciąga zbierającą się publiczność jak magnes. To był bardzo dobry set i niech żałują Ci którzy, nie przyjechali na sam początek festiwalu!

Zaraz po tym na scenę wkroczył Valkerang. To już moje drugie spotkanie z tą kapelą, więc wiedziałem czego się spodziewać. W zapowiedzi padło, że to prawdziwi Wikingowie i zaraz z głośników rozbrzmiały dźwięki rasowego viking metalu! Do tego na scenie pojawiła się grupa rekonstrukcyjna, co nadało nie tylko koloryt ale także klimat zabierający uczestników w historyczną podróż pełną glorii i chwały! Trzeba przyznać że było to mocne uderzenie i potwierdzenie, że właśnie zaczął się poważny festiwal na którym będzie głośno!

 

 

 

Po Valkerangu rozpoczął się koncert zespołu na który chyba najbardziej czekałem tego dnia. Percival, który umykał mi w ostatnim czasie a to brakiem terminów koncertowych, a to brakiem czasu z mojej strony. Występ zespołu dał na chwilę oddech spokoju, swoim występem słowiańskich pieśni, okraszonych klasykami ciężkiego brzmienia w bardzo akustycznym wydaniu. Zespół który z elektroniki używa tylko mikrofonów pokazał, że muzyką można się przenieść w czasy pierwszych Słowian z uśmiechem na ustach i posmakiem przedniego trunku w drewnianych naczyniach. Do tego ich kunszt podkreśla to, że grając na instrumentach akustycznych trzeba być bardziej ogranym bo ewentualna pomyłka słyszalna jest dosadniej niż pod prądem. Percival zagrał ten koncert bezbłędnie i w końcu mój apetyt na ich występ został zaspokojony.

Sounds Like The End Of The World był kolejnym zespołem który zagrał swój koncert. To już drugi zespół wyłącznie instrumentalny. Hipnotyzująca dawka rockowej przestrzeni bardzo szczelnie wypełniła decybelami teren festiwalu. Duża dawka muzycznej energii, która przyciąga i na koniec człowiek żałuje, że to już niestety koniec. Sounds Like The End Of The World na pewno na długo zostanie zapamiętany!

 

Obscure Sphinx to było dla mnie największe zaskoczenie. Warszawska grupa muzyczna, która zadziwiła światowym poziomem grania. Cały ich set to nie tylko koncert ale pełen spektakl złożony z emocjonalnego przeżywania każdego dźwięku. Stylistycznie połaskotany inspiracją Tool-a zmieszanego z Meshuggah nie mogłem oderwać oczu od sceny a uszu od dźwięków, które wprowadzały mnie w trans, wypływający z głośników. Możecie wierzyć lub nie ale parę przedstawicielek płci pięknej miało łzy w oczach, wczuwając się w ten piękny koncert. Do teraz mam ciarki na całym ciele, kiedy przypominam sobie to niezwykłe przedstawienie. Dla mnie był to jeden z najważniejszych punktów festiwalu. Szacunek i uznanie!

Kolejnym zespołem, który zawładnął sceną była Trauma. Death metalowa kapela z Elbląga nie brała jeńców. Od pierwszego do ostatniego numeru było agresywnie, brutalnie i bez litości. Ktokolwiek miał do tej pory jeszcze wahanie czy to festiwal brutalnej, bezkompromisowej muzyki, to na tym koncercie pozbył się wszelkich wątpliwości. Trauma pokazała, że nie ma miejsca na grzeczność, przygładzanie dźwięków i głaskanie po karku. Dawka potężnej brutalności spowodowała, że pod sceną zrobiło się naprawdę gęsto. Totalne skopanie tyłka bez zapowiedzi. Kolejny silny punkt festiwalu!

 

 

 

Również szwedzka kapela Unleashed nie brała jeńców. Tym razem oprócz brutalnej ekspansji była także melodyka i łamanie rytmów. Doskonałe techniczne granie death metalu, które na żywo chyba lepiej się sprawdza niż na albumach studyjnych. Energetyczny koncert, który swoim ciężarem smagał nie tylko bębenki uszne ale także trzewia zgromadzonych słuchaczy. Prawdziwa uczta dla koneserów, którzy lubią gdy nie ma zbędnych pauz a armagedon muzyki podnosi endorfiny bez wspomagania używkami. Surowość i bezkompromisowość!

Tuż po północy na scenę wkroczył szwajcarski zespół Schammasch. Kolejny band który miałem okazję widzieć po raz drugi. Prawie rok temu widziałem ich występ w Warszawskiej Progresji i był to bardzo krwawy koncert nie tylko ze względu na muzykę, ale także na fakt, że byłem wtedy po wypadku i jeszcze z szytego kolana sączyła się krew. Co nie zmienia faktu, że stałem jak wryty i wsłuchiwałem się w niezwykłe show muzycznego odkrycia w metalu, który ciężko zaszufladkować. Tak samo na Summer Dying Loud, Schammasch dał bezbłędny koncert z pełną oprawą sceniczną. Tajemniczość i mrok zmieszany z muzyką, która porywa swoją oryginalnością. Coś niezwykłego. Ten zespół nie potrzebuje rekomendacji bo sam w sobie staje się uzależnieniem od pierwszego spotkania. Wspaniałe zakończenie pierwszego dnia festiwalu. Ciarki na całym ciele i dawka spotęgowanych decybeli!

 

 

 

Tak zakończył się pierwszy dzień dziewiątej edycji Summer Dying Loud. Głód muzyki został zaspokojony a to był dopiero półmetek bo każdy miał świadomość, że następnego dnia godzinę po tym jak w Krakowie zostanie odegrany hejnał mariacki zacznie się drugi dzień muzycznej uczty.

Już ten pierwszy dzień pokazał, że to wspaniałe widowisko zarówno muzyczne jak i wizualne. Ekstremalne i jednocześnie bezpieczne. W zasadzie nie było tego dnia słabych punktów i nikt nie mógł narzekać, a każdy widz czy to śpiący na polu namiotowym czy to wróciwszy do domu, zasnął muzycznie zaspokojony!

 

Zostaw Komentarz