Hunter – HellWood. Recenzja

with Brak komentarzy

Nawet nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę recenzował płytę zespołu HUNTER. Do tej pory zespół ten kojarzył mi się z flagowym utworem KIEDY UMIERAM i dwoma z niego cytatami…

 

 

… „Kiedy rodzi się nawet góry toną we krwi” oraz „koniec prawie zawsze jest początkiem”. Warto wspomnieć ten drugi cytat z którym wiąże się fakt, że gdy powstała moja strona to w sieci onetowskich blogów, były strony podobne do mojej na których ludzie z pasją pisali o innych ulubionych kapelach. Niejaka DarkHunter pisała właśnie takiego (nie istniejącego już) bloga którego mottem przewodnim był właśnie ten cytat.

Ale powróćmy do Hellwood. Na początku wspomnę tylko, że w czasie pisania tej recenzji byłem odcięty od internetu więc części informacji nie mam przez co mogą się w danych wkraść ewentualne błędy.

 

 

 

HellWood ukazała się w dobrym czasie. Jest to okres kiedy ukazały się właśnie płyty zespołów najbardziej szanowanych w naszym kraju. Począwszy od Vadera (Necropolis) poprzez Rootwater (Visionism. Czas pokazał, że to ostatni album w historii zespołu), na Behemoth-cie (Evangelion) kończąc.

Z dnia na dzień dowiadujemy się, że zespoły spod znaku ciężkiego grania właśnie wypuściły nowy materiał. Tak się stało, że okres kwiecień, maj i czerwiec to najlepszy czas na wydawanie albumów. Podobne zjawisko zauważyłem już parę lat temu, w maju i czerwcu 2006 roku. A teraz znowu wysyp i bardzo dobrze, bo jest czego słuchać.

O ile w przypadku tych najmroczniejszych jakoś ciężko mi przebrnąć przez materiał, tak Hellwood połknąłem w całości, oblizując palce i jem ten muzyczny pączek prawie codziennie. Z początku od niechcenia, bo skoro płyta się pojawia to trzeba było się w nią zaopatrzyć. I tak jak w większości przypadków jest, że po paru przesłuchaniach żałujemy że w ogóle po nią sięgnęliśmy i jesteśmy zmęczeni, bo od dłuższego czasu nie ukazywało się nic ciekawego. Tak do tego krążka podszedłem bez zniechęcenia.

Coś we mnie migotało, takie małe światełko w tunelu. Coś mi mówiło, że po okresie posuchy przyjdzie czas urodzaju. I jest, proszę państwa, cóż to było za zaskoczenie gdy słuchając płyty miałem podobne ciarki jak w 2002 roku, kiedy na świat wydawane były najlepsze albumy muzyki metalowej.

Warto wspomnieć również o okolicznościach zapoznania się z materiałem. Późny sierpień, letni trochę parny dzień. Samotna wycieczka rowerem do lasu… Trzeba było coś zabrać na drogę, więc zaopatrzyłem się w 2 nowe albumy StaticXCult Of Static i HunterHellwood. O ile byłem bardziej ciekaw jak znowu Wayne nagrał kolejny, identyczny album z inną okładką, o tyle postanowiłem zapoznać się z Hunterem. I tak coś dla odmiany sprawiło, że wycieczka do lasu stała się czymś, co można porównać z emocjonalnym wymięciem (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) które się miewa po wyjściu z genialnego filmu w kinie, lub po przeczytaniu dobrej książki.

Spodziewałem się raczej heavy metalowej sieczki, jako że gdzieś w telewizji kiedyś widziałem jak ktoś mówił, że Hunter to polska Metallica (wspomina o tym także Wikipedia). Jak rzesz się sromotnie zawiodłem na całe moje szczęście. Nie znam poprzednich dokonań Huntera (teraz już znam i to na wskroś), ale właściwie to nie ma znaczenia. Ten album to coś co sprawia, że nie myśli się o innych płytach.

 

Imperium (jakże proroczo użyłem wtedy tego słowa) dźwięków w przeróżnych tempach, odważne teksty i ekspresja wokalisty (Draka) sprawia, że człowiek może się bać w lesie nawet w samo południe. I jak nie lubię magii, legend o wróżkach, trolach i krasnoludach (co zmieniło się na przestrzeni lat i to diametralnie i może zapoczątkował to właśnie Hunter…), tak ta płyta przemówiła do mnie słowami o nich. To raczej metafora otaczającego nas świata. Największą uwagę przykuwa utwór Duch Epoki w którym rozłożono na łopatki temat „czy Bóg istnieje czy też nie” (a przynajmniej taką miałem refleksję na jego podstawie w tamtym czasie), jakże trafnie i z pokryciem w argumentach, zespół przedstawia swoje racje.

Co ważne same teksy nie były by może tak silne, gdyby nie sposób śpiewania. To już nie jest darcie ryja (stricte tylko i wyłącznie), zapomnijcie o tym. Tutaj jest ekspresja, akcentowanie, dykcja i totalna bezduszna i do kości powalająca szczerość. To wszystko sprawia, że słucha się z tego z wielkim entuzjazmem i chce się więcej, chce się to przeżywać i płynąć z tym dalej. Jedno jest pewne że wokalista chce nam coś przekazać i zajebiście mu to wychodzi!

 

 

A muzycznie? Podobnie jak z wokalem, jest pierwszorzędnie. Jak to ostatnio nazywam „Przestrzenna ściana dźwięku”(i do dziś nie zmieniam zdania). Gryzące się ze sobą stwierdzenie które jak ulał pasuje do tego typu produkcji. Jest przestrzeń ale nie taka jaką proponuje nam na przykład guru amerykanów Rick Rubin (wtedy na przykładzie nieszczęsnego albumu Vol 3. The Subliminal Verses), że część instrumentów jest tak daleko, że wcale ich nie słychać. Tutaj słychać wszystko, a jak masz słuchawki to zespół nie jest w oddali a gra w twojej głowie i o to chodzi.

Muzyka płynie czyściutko i przejrzyście, co w metalu jest często trudne gdy wszystko nawala ile wlezie. Tutaj zespół nie gra na siłę głośno, a raczej bardziej ekspresyjnie. I co najważniejsze mamy tutaj coś co tygryski lubią najbardziej, czyli pana ze skrzypeczkami którego zwą JELONEK. Ten facet jest jak alchemik, który z niczego zrobi złoto. Tak jak tutaj jego solówki powalają, że czasem sam nie wiesz czy to gra gitara, czy Jelonek na skrzypkach. Jedno jest pewne bez wątpienia – bez tego faceta Hunter straciłby pewną duszę, którą daje mu duch potęgi tego jakże delikatnego instrumentu.

Do najciekawszych kompozycji należy utwór $mierci$miech, który me genialne zmiany tempa i wstawki w tempie reggae. Oprócz tego ta słowna kawalkada „zatańczą nad nami, wycięskimi salwami,….zajebanymi nami…..właściwie to jest ONA…ma na imię $mierć,…niebojami, nabojami.” Tak to jest zdecydowanie jeden z najlepszych fragmentów w całej genialnej płycie.

Czym jest HellWood? To dowód na to, że nigdy nie można mówić nigdy. To dowód na to, że muzyka może się odradzać w wielkich dziełach. Ten album pokazuje, że muzyka może mieć moc niekoniecznie grając na tzw. „wszystkie gałki w prawo”. Jedno jest pewne, ten album na bardzo długo zagości w moim odtwarzaczu (właściwie do dziś nie przestał go opuszczać) i stanie się jednym z filarów tworzących kanon albumów które wymienię, gdy ktoś zapyta czego słucham.

Polecam bardzo serdecznie i dla radości uszu najsmaczniejsze kawałki.

 

Hunter HellWood

Premiera – 14 kwietnia 2009

1. Nadchodzi… – 0:18

2. Strasznik – 3:45

3. $mierci$miech – 5:09

4. Labirynt Fauna – 7:26

5. Duch Epoki – 5:15

6. Armia Boga – 7:00

7. Dura Lex Sed Lex – 2:46

8. TshaZshyC – 5:02

9. Arges – 10:18

10. Cztery Wieki Później… – 3:54

11. Zbawienie – 5:21

Paweł „Drak” Grzegorczyk – śpiew, gitara, fortepian

Dariusz „Daray” Brzozowski – perkusja

Piotr „Pit” Brzozowski – gitara

Konrad „Saimon” Karchut – bass

Michał „Jelonek” Jelonek – skrzypce, altówka

Produkcja – Paweł „Drak” Grzegorczyk, Andrzej „AKA” Karp

Edycja dźwięku – Paweł „Drak” Grzegorczyk, Andrzej „AKA” Karp, Marcin Kiełbaszewski, Kazuwo Shiwashi, Dawid Marków

Inżynieria dźwięku – Paweł „Drak” Grzegorczyk, Piotr „Pit” Kędzierzawski, Michał „Jelonek” Jelonek, Andrzej „AKA” Karp, Marcin Kiełbaszewski, Marian Lech

Zdjęcia – Maciej Boryna

Transkrypcje – Irena Tanasescu

Oprawa graficzna – Katarzyna Zaremba, Piotr „Qras” Kurek – Mentalporn

Wydawnictwo – Mystic Production

Album nagrywano na przełomie stycznia i lutego 2009 roku w: Sonus Studio, Nemezis, Studio X

Zostaw Komentarz