To, że pojawia się ten wpis, oznacza jedno – minął rok, odkąd skończyłem 40 lat!
I tak jak w roku ubiegłym ukazał się tutaj mój tekst z tej okazji, tak i w tym wypadku stwierdziłem, że podzielę się garścią przemyśleń. Można się domyślać, że słowa te zaczynam pisać na długo przed urodzinami, by tego dnia, czyli 20 maja 2026 roku, być więcej niż pewnym, że wszystko jest gotowe do publikacji, a ja do tego czasu nic bym nie zmienił w strukturze tekstu.
No więc co się wydarzyło i/lub zmieniło przez ten rok? Na pewno to, że mogę się nadal obiema rękami i nogami podpisać pod tym, co napisałem w tekście „40!”. Tylko że wtedy myślałem, że wizja następnej rocznicy jest bardzo odległa. Okazuje się, że czas po prostu zapierdala i ani się obejrzałem, a już dopadło mnie, że zbliża się kolejny maj i zaraz czwarta dekada będzie dobitnie przypieczętowana. To, co się we mnie zmieniło na pewno, to świadomość podejmowanych decyzji. I tak, może wielu narzeka, że nie ma mnie na stronie, nie piszę, nie publikuję i, kto wie, może porzuciłem moje internetowe dziecko. Otóż nie, o czym świadczy chociażby ten tekst. Przewartościowanie życiowych priorytetów spowodowało, że coraz bardziej mierzę siły na zamiary i doskonale zacząłem sobie zdawać sprawę, że najpierw robi się to, co trzeba, a dopiero później to, co można.
Nie inaczej było w tym przypadku. Dziś mogę z podniesioną głową czuć dumę z podjętych decyzji. Tak się składa, że odkąd wsiadłem na „kontenery”, miałem swoje założone cele, które ze sobie znaną upartością realizowałem. A najważniejszym była wymiana samochodu na „nowy”. Piszę to w cudzysłowie, bo oczywiste jest, że nie wybrałem się do salonu, nie pokazałem palcem, mówiąc: „poproszę ten”. Oczywiście kupiłem auto z rynku wtórnego, ale nie tak jak to było przy moim Oplu, gdzie sytuacja nie dała mi wyboru i musiałem zrobić to w trybie natychmiastowym, biorąc kredyt w banku (tak, w owym czasie tak chujowo zarabiałem, że za samochód warty 3 tysiące złotych musiałem się wspomóc kredytem gotówkowym). Tym razem sukcesywnie odkładałem pieniądze na konto i swój w pełni świadomy wybór kupiłem za gotówkę – odłożoną, składaną i regularnie kontrolowaną. A auto, które kupiłem, to nie samochód, który był moim motoryzacyjnym marzeniem, a wehikuł, który brany był pod kątem rocznika, zastosowania i co najważniejsze – trwałości, kosztów serwisowania i utrzymania. Dlatego padło na coś pomiędzy wielkim vanem a SUV-em. Pracując na nie, odkładałem z góry założoną kwotę, nie tracąc przy tym poziomu stopy życiowej. Jednak było to okupione tym, że przez ten czas nie brałem urlopów, znosiłem trochę perturbacji w pracy i uczyłem się specyfiki tego rodzaju transportu. Bo tak, kontenery mogą wydawać się proste, ale każdego dnia można nauczyć się czegoś nowego. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś chce się uczyć i rozwijać. I to jest właśnie jedna z najważniejszych cech, które cały czas w sobie zauważam. Kiedy byłem małym chłopcem widzącym ówczesnych 40-latków, zdawało mi się, że widzę obraz ludzi, którzy przeżyli swoje, a teraz, posiadając „wiedzę nieskończoną”, mogą odcinać kupony od swojego życiowego doświadczenia, a reszta świata, szczególnie młodsze pokolenia, może tylko składać im hołdy i laury. Teraz wiem, jak bardzo się myliłem, bo ja, w przeciwieństwie do nich, nadal mam w sobie chęć odkrywania, nauki, rozwoju i eksploracji. To bardzo procentuje i mógłbym podawać wiele przykładów, ale rzucę jednym, bardzo obrazowym.
Pewnego dnia zniknęły mi światła pozycyjne i obrysowe w ciągniku. Co ciekawe, w naczepie były, a w samym koniu działały wszystkie inne oprócz tych obrysowych. Inny kierowca olałby temat i albo nawet tego faktu nie odnotował, albo zgłosił przy okazji pobytu na bazie. Ja zagłębiłem się w temat i poświęciłem dwie pauzy 45-minutowe na walkę z elektryką. Instrukcja plus internet i zacząłem szukać. I chociaż nie udało mi się tego naprawić, to poznałem dokładnie schemat bezpieczników i przekaźników w skrzynce, dowiedziałem się, jak sprawdzić, czy „kostki” zasilania kabiny są w porządku i dokąd idą wszystkie wiązki i złączki. A finalnie, jak zjechałem na bazę i przyszedł elektryk, to podziękował mi, bo przez moje zagłębienie się w temat szybko namierzył przyczynę i naprawa trwała łącznie godzinę, a nie pół dnia. Wspomnę też, że dopóki nie byłem więcej niż pewien, że wiosna już na stałe zagościła w naszym kraju, woziłem w schowku pas do wyciągania zestawu (gdybym zakopał się w śniegu), saperkę i klemy. I tak, wszystko moje własne, prywatne, bo teraz są w domu i mogę je potem wrzucić do samochodu lub użyć w następnym sezonie. A że jeżdżąc na kontenerach, nie za bardzo można wykorzystać naczepę, to szczotka „ulicówka” też jeździ w kabinie. Kupiłem ją po tym, jak firma, która po rozładunku puszki zapomniała zamieść w środku (co jest ich obowiązkiem), a na następnym załadunku kontrola kontenera jest bardzo restrykcyjna, uświadomiła mi, że muszę ją mieć. Nie chciałem jednak trzymać jej za kabiną, gdzie brudziłaby się, a przy okazji ktoś mógłby się nią „zaopiekować”. Udało mi się znaleźć składaną z dwóch części i bez problemu mieści się pod łóżkiem. I tak jak patrzę na kolegów po fachu, to z jednej strony trochę im zazdroszczę, że ich kabiny są prawie „puste”. Serio, czasem zaglądam im do środka i tam nie ma prawie nic. „Kurwa” – myślę sobie, gość, który jedzie na tydzień w drogę, ma ze sobą zestaw, jakby jechał na jedną zmianę. Jedna mała torba z kanapeczkami i koniec. Ja tak po prostu nie mogę i w kabinie mam dom, czyli wszystko, co mi potrzebne do życia. Wszystko „wychodzi w praniu”, jak stoję na parkingu i czekam w kolejce, i nagle… kolejka kolegów pytających: „Masz może…?”. No i mam. Jednak od jakiegoś czasu od razu zasłaniam firanki, bo… się nauczyli, że ten z dredami to ma to i to. Także panowie, nie ma, że on na pewno będzie miał – trzeba się wziąć, ruszyć głową i zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy. Zarówno przewód do pompowania kół wraz z pistoletem, klemy, pas do wyciągania, jak i inne akcesoria – każde z nich to koszt od 50 do 150 zł. Zestaw, którym jeżdżę, jest dobrze ze mną zintegrowany i odwdzięcza mi się tym, że jak coś go boli, a ja to ogarnę sam, to mam wrażenie, że w drodze oddaje mi to i kiedy trzeba, zdaje się mieć wywalone na tryb ECO! (wtajemniczeni będą doskonale wiedzieć, co kryje się za tymi trzema literami).
I chociaż przez te miesiące było mnie zdecydowanie mniej w necie, to za to więcej było mnie w życiu realnym. To, co się nie zmieniło, to dostosowanie trybu życia do otaczających warunków. Jeśli są nocki, to w czasie pauzy po prostu śpię bądź robię i jem posiłki. Dzięki temu nie jest tak źle i jak słyszę narzekania, że ledwo dają radę, to proponuję wyłączyć telewizor i zająć się odpoczynkiem. Bo życie i zdrowie są najważniejsze! A prawdziwe życie zaczyna się w weekendy. Dzięki temu, że aura sprzyja, coraz częściej i chętniej wychodzę w plener z aparatem. Dwa lata temu, kiedy eksplorowałem okolicę, myślałem, że praktycznie już wszystko zobaczyłem i mam to uwiecznione w obiektywie. Jak się okazuje, jest jeszcze wiele miejsc, do których można się wybrać i mile spędzić czas, wracając z kartą nabitą kadrami. Te momenty, kiedy jestem gdzieś w ciekawym miejscu, oddycham świeżym powietrzem i łapię słońce, są dla mnie wytchnieniem i ładuję wtedy swoje życiowe akumulatory. I za każdym razem stwierdzam, że zbyt rzadko bywam w lesie. No ale w życiu piękne są tylko chwile, jak to śpiewał klasyk. Zresztą świadomość tego, że podczas gdy ja jednak ruszam swoje dupsko z miejsca, by dotrzeć gdzieś, gdzie przyroda skrywa swoje tajemnice, a reszta kolegów po fachu leży jajami do góry w tym czasie, także jest podbudowująca.
Cały czas ewoluuje mój pragmatyzm. Chociaż czasem nazywam to po prostu ułatwianiem sobie życia z powodu wrodzonego i wyuczonego lenistwa. Zdaję sobie jednak sprawę, że ci, którzy znają mnie blisko, mogą teraz opluć ekran ze śmiechu, bowiem często słyszę, że jestem aż za bardzo pracowity, ale jeszcze częściej – że nieskończenie cierpliwy. Możliwe, że mam w sobie coś z natury Latynosa, odkąd natknąłem się na to zjawisko w książkach Wojciecha Cejrowskiego. Tak czy inaczej, często myślę, w jaki sposób ułatwić sobie życie i jak tylko wpadnę na pomysł, od razu przystępuję do działania. To dlatego mój główny plecak przeszedł ewolucję, jeśli chodzi o pakowanie się w drogę czy na wyjazd w wolne dni. Zasadniczo jedna z kieszeni jest takim niezbędnikiem potrzebnym mi, gdy na przykład jadę w weekend gdzieś z noclegiem. Są tam akcesoria łazienkowe, ładowarki i inne niezbędne rzeczy, które człowiek mieć musi, a które czasami są uszkodzone lub wybrakowane na kwaterach, bądź w ogóle ich tam nie ma. Tak więc elementy łazienkowe na przyssawki czy dodatkowy sprytny przedłużacz to rzeczy, które zawsze się przydadzą, a docenia się je wtedy, kiedy odkrywa się, że nie pomyślano o nich w danym obiekcie. I to, że są na stałe w plecaku, powoduje, że odpada mi największy problem, czyli przepakowywanie się w domu. Oszczędza to czas, miejsce i… konieczność sprzątania, bo zawsze robi się bałagan. A jak robi się bałagan, to szykując plecak do pracy, można o czymś zapomnieć, co wyjdzie w trasie, ale… nie od razu. Dlatego nieodzownym towarzyszem jest kołonotatnik i długopis. Każda dobra myśl musi być zapisana od razu, bo jak się zapomni, to przepadło, lub przypominam sobie o tym dość długo. A to, co zapisane, może dodatkowo „fermentować” w głowie, tworząc burzę mózgów i dalej ewoluować w jeszcze inne ciekawe pomysły. Tak na przykład było wtedy, gdy zużył mi się pokrowiec na telefon i kupowałem następny. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie posiadam takiego szczelnego, który świetnie sprawdza się nad morzem lub przy zwiedzaniu wilgotnych miejsc, takich jak jaskinie czy tereny podmokłe. Przykłady mógłbym mnożyć, ale wszystkie łączy to, o czym wspomniałem wcześniej – ułatwienie sobie życia, by mieć jak najwięcej wolnego czasu dla siebie, a nie zmagać się z małymi lub większymi problemami bądź też wyzwaniami, które zabierają czas, energię i hamują wszelkie plany. I zamiast „robić swoje” i iść do przodu, trzeba wymyślić sposób, jak sprawić, by wszystko działało. Tak jak kiedyś skupiałem się na urządzeniach na prąd, tak teraz kartka i długopis potrafią zdziałać o wiele więcej. Możliwe też, że używam tego tak często, bo mając już te 41 lat, widzę, jak czas szybko leci, jak minione dekady stały się wspomnieniem, jakby to była chwila, i jest to motor do tego, by czas tej kończącej się młodości wykorzystać na to, na co ma się ochotę, a nie na to, do czego chciałoby przymusić życie, często dociskając kolanem do gleby, kiedy już się na niej leży. Ja na szczęście nie leżę, tylko stoję wyprostowany z klatą do przodu i nie zamierzam odpuścić. Tym bardziej że obecnie znajduję się na etapie życia, gdzie pod kątem wielu zagadnień z przeszłości mam już zupełnie inne podejście. To, co kiedyś spędzałoby mi sen z powiek, dziś jest ewentualnie sprawą, nad którą myślę tylko w kontekście tego, jakie procedury wdrożyć, by pewne zjawiska same się wycofały. I to pod warunkiem, że w ogóle takowe występują, bowiem wiele wypracowanych systemów i zachowań przyniosło wręcz nadspodziewane efekty, przez co święty spokój jest u mnie zjawiskiem stałym.
Jeśli tyczy się to strony, to fakt – dostaję sygnały, że nic nie ma od dłuższego czasu. Pewnie dekadę temu sam miałbym podejście, że to nie może tak być, że jak nie ma aktualizacji, to znaczy, że coś się stało, ktoś zniknął i już go nie ma. I jeszcze pojawiłaby się myśl: „jak to?”, przecież trzeba działać, tworzyć, publikować, aktualizować choćby nie wiem co. Dziś mam do tego inne podejście i rozumiem, gdy jacyś twórcy znikają – czasem na stałe, czasem na dłuższy czas. Fajnie smakuje, gdy jednak wracają i mają coś nowego do powiedzenia. Dla mnie najważniejsze jest to, że strona jest stabilna, wszystkie opłaty jej dotyczące są regulowane na bieżąco, spam usuwany regularnie, a ja mogę tu wrócić, kiedy tylko chcę. I to, że mnie nie ma, nie oznacza, że nie chciałbym być częściej. Samo to, że ten tekst piszę etapami przy nadarzających się okazjach wolnego czasu, już o czymś świadczy. Mogę nawet zaryzykować tezę, że gdybym był częściej na stronie, to nie byłoby „nowego” samochodu. A tak, to życie jest życiem i najpierw to, co najważniejsze, a potem dopiero reszta. I chyba najdobitniej sytuację obrazuje to, że ten wpis się tu pojawia. Biorąc pod uwagę, ile czasu zabiera mi życie w trasie i spontanicznie zaplanowane weekendy, tak że czas wypełniony jest często do ostatniej minuty, to jednak udało się i faktycznie znalazłem ten wolny czas na dłuższe chwile z klawiaturą. By było jeszcze ciekawiej, cały ten wpis – od pierwszych słów pisanych w edytorze tekstu, poprzez jego redakcję i korektę z pomocą syntezatora mowy, do finalnej publikacji – powstał z pomocą systemu operacyjnego Linux. Odkąd się na niego przesiadłem, cała moja organizacja pracy i rozrywki nabrała nowego znaczenia. Można mi uwierzyć lub nie, ale otarłem się o ten system już w 2005 roku, gdy w domu rodzinnym pojawił się pierwszy komputer. Miał fabrycznie wgrany Linux w dystrybucji Ubuntu i… szybko wgraliśmy Windowsa, bo to, co znajdowało się na pokładzie, wydawało się być nieobsługiwalne. Kto wie, może gdybym wtedy miał inne podejście, to dziś w Linuxie byłbym bieglejszy niż w pisaniu esejów czy graniu na gitarze. Kto wie… Tak czy inaczej, nakładka Mint powoduje, że nie odczuwa się praktycznie różnicy w obsłudze w porównaniu do Windowsa 11. Za to jego lekkość, stabilność i co najważniejsze – bezpieczeństwo! – sprawiają, że nie zamienię go na nic innego. Uwielbiam wyzwania, gdy coś nie działa i z pomocą AI oraz terminala można zdziałać cuda. A przede wszystkim można dostosować Linuxa pod swoje potrzeby i posiadać „na pokładzie” tylko to, co naprawdę potrzebne do szczęścia w codziennym użytkowaniu. Do klawiatury już się prawie przyzwyczaiłem w „nowym” Dellu, bo piszę ten tekst bez większych „zgrzytów”. Nie bez powodu napisałem „prawie”, bo… jakiś czas temu odpaliłem poprzednika i jak tylko położyłem palce na klawiaturze, to… wróciła pamięć mięśniowa i aż przypomniały mi się wszystkie wpisy, felietony i eseje. Dlatego trzymam go cały czas w domu w pokrowcu, bo przeszło mi przez myśl, że jeśli kiedykolwiek miałbym napisać książkę, to tylko na nim. I tak, na nim też już jest Linux, co sprawiło, że paradoksalnie „ożył” i nie widzę przepaści w wydajności i szybkości działania, przyrównując go do nowego. Patrząc na życie z perspektywy lat, doświadczenia i podejścia do wielu spraw, uśmiecham się pod nosem, bo widzę, jak świadoma dorosłość może przynieść wymierne skutki. Bycie bardzo niewygodnym dla systemu jest czymś, co daje wiele radości. Ogólnie im bardziej odcinam się od medialnego szamba, śledząc tylko najważniejsze sprawy i rzeczy, które mogłyby mnie dotyczyć – tak by móc je ominąć lub przejść jak najbardziej bezboleśnie – widzę, że można iść swoją drogą bez większego odczucia ze strony organów gnębienia i ucisku. Tak samo jeśli chodzi o ludzi, bo co z tego, że głupota stała się domeną narodową, skoro można nauczyć się jej skutecznie unikać i dzięki temu iść swoją drogą w miarę bez przeszkód. Obecność mojej strony jest sama w sobie świadectwem, że warto robić to, co się robi, bo niezależnie od treści, jakie się tutaj pojawiają, to moje medium – niezależność, która chociaż kosztuje coraz więcej, to jest tak naprawdę bezcenna.
Kończąc ten tekst, chcę wyrazić, że jestem absolutnie przekonany, że czas, mimo ustalonych atomowych ram, minie szybciej do następnej wiosny i ani się obejrzę – jeśli tylko postanowię znów okrasić urodziny sowitym tekstem, będę musiał zasiąść niedługo za klawiaturą. Dobrze, że czas nie płynie z prędkością światła, bo w zasadzie musiałbym zacząć robić to już teraz. Faktycznie to, o czym czytałem, że im więcej lat ma się na karku, tym czas leci szybciej, potwierdza się w realnym doświadczeniu. Jednak nie przypuszczałem, że można to odczuć tak bezlitośnie na sobie samym. Nie wiem, czy to efekt schematów życia, tygodni spędzonych w trasie, czy też po prostu subiektywne postrzeganie upływających dni. To jest proces, którego nie da się ani zatrzymać, ani cofnąć. Jest poza mną i jedyne, co mogę robić, to jeszcze bardziej skrupulatnie wykorzystywać każdą wolną chwilę do tego, by „żyć”. Tak jak robię to do tej pory, często starając się nagiąć czasoprzestrzeń po to, by później mieć tylko miłe wspomnienia, zamiast stękać, że życie przeleciało mi przez palce. A tak kiedyś było, ponad dekadę temu (a może dwie?). Od tamtej pory zaczęło do mnie docierać, że życie to krótka chwila i tylko od nas samych zależy, jak je przeżyjemy. Dziś mam 41 lat i wiem, że miejsce, w którym się znajduję, jest takie, jakie powinno być. I chociaż tak jak każdy chciałbym mieć wiecznie 20 lat, to najważniejsze, że dokładnie tak jest w mojej głowie, która ostatnio wręcz zaskakuje mnie sprawnością, szybkością i kreatywnością. I niech tak zostanie!

Zostaw Komentarz