Władysław Stanisław Reymont – Chłopi. Felieton

with Brak komentarzy

Długo zastanawiałem się czy popełnić dłuższą formę o Chłopach Władysława Reymonta. Wiele czynników przeważyło by zdecydować się na ten krok.

 

Gdy w sierpniu 2023 roku, przeglądając artykuły zupełnie nie związane z filmami, natrafiłem na stronę, gdzie artyści-malarze omawiali swój nowy projekt, który finalnie ma się zakończyć nową ekranizacją, nagrodzonej nagrodą Nobla, powieści Reymonta. Udostępnili nawet pierwszy, krótki trailer. Włączyłem go i….mój entuzjazm opadł gdy zobaczyłem, że wśród wielu dobrych aktorów występuje tam Maciej Musiał. Dla mnie ten człowiek nawet nie jest aktorem, a jego „występy” przed kamerą przebija jedynie Antoś (syn sławnych rodziców) Królikowski. Według moich zasad nawet nie powinienem interesować się filmem gdzie gra ktoś do kogo nie „pałam”, i zostawiłem ten temat samemu sobie. Później jednak zaczęło się o tym filmie robić głośno bardziej globalnie, pojawiały się nowe trailery i machina marketingu zaczęła robić swoje, że gdzie się nie obejrzałem, wszędzie atakowały mnie informacje o tym filmie. No cóż, chcąc nie chcąc już nie mogłem wobec niego przejść obojętnie.

Więcej niż pewne dla mnie było to, że ta ekranizacja na pewno nie dorasta do pięt książce, tylko że możliwość weryfikacji mogłaby nastąpić dopiero wtedy, gdybym znał jej treść. A tak się składa, że do tej pory nie miałem okazji się w nią zagłębić. I tak mnie tknęło, zakładam zresztą, że nie tylko mnie, by sięgnąć po Chłopów. Spojrzałem na statystyki i dotarło do mnie, że to chyba odpowiedni czas, bowiem w ostatnich miesiącach opuściłem się z audiobookami. Entuzjazmu do tego tytułu pozbawiły mnie wszelkie wzmianki w kategoriach szkolnych, gdzie matroniczne nauczycielki mówiły bzdury o symbolice i faktach nieistotnych, a w dodatku gdybym podjął się wyzwaniu, to byłby najdłuższy audiobook jaki przesłuchałem w moim życiu. W dodatku gdyby mi się udało, to poznałbym treść tej książki, należącej do klasyki polskiej literatury, jeszcze przed czterdziestką. Wszystko złożyło się więc idealnie i zacząłem poszukiwania audiobooka.

Wiedziałem, że nie będzie z tym problemów bo jako, że Chłopi byli (i chyba nadal są) lekturą szkolną, to w zasobach serwisów audiobookowych na pewno będzie wiele wersji. Spośród kilku do wyboru, sięgnąłem po ten, który wydał mi się z najlepiej dobranym lektorem. Zacząłem słuchać i….coś mi nie pasowało. Niby wszystko fajnie, ale lektor wykazywał się wielkim entuzjazmem interpretacji na początku rozdziału, jednak potem już tylko czytał „na sucho”, że ciężko było mi rozróżnić który bohater mówi do którego. Sięgnąłem po kolejny i tym razem ton lektora był taki, że atmosfera była bardziej posępna niż na pogrzebie. Co robić, zwłaszcza mając na względzie to, że audiobook trwa ok 45 godzin? Obydwie wersje były najlepsze z dostępnych i wahałem się z którym lektorem pociągnąć to dalej. I nagle znów mnie tknęło, jakoś odruchowo wpisałem w Google „Chłopi Krzysztof Gosztyła” i….znalazło! Okazało się, że Polskie Radio w 2018 wydało audiobooka Chłopi w interpretacji maestro Gosztyły w ramach akcji Radiobook, czyli prezentacji klasyki literatury, w wykonaniu najwybitniejszych polskich głosów. Już wiedziałem, że jestem „w domu” i bardzo szybko „zaopatrzyłem” się w tą wersję.

Gdy zacząłem prawdziwą przygodę z tą książką, zaczęły mi się otwierać oczy na bardzo wiele spraw. Ilość wiedzy, faktów, gwary, barwnych opisów, bogactwa historycznego i zróżnicowania bohaterów sprawiła, że nagle runęło wszystko to, co do tej pory wiedziałem o tej książce z niezbędnych informacji w opracowaniach do matury. Z każdą godziną miałem wrażenie, że Reymont pisząc Chłopów, robił to jakby dla mnie na miarę. Dokładnie tego potrzebowałem, długiej, wielowarstwowej książki, która nauczy mnie wiele nowego słownictwa, pokaże życie z wieku dawno minionego i wciągnie mnie tak, że będę chciał więcej i więcej. Doszło do tego, że nie chciałem tego przesłuchać tak po prostu ciągiem. Napawałem się treścią, jadłem ją małymi łyżkami, rozdział po rozdziale, analizując treść, sprawdzając znaczenia, „czytając między wierszami” z tym pięknym wrażeniem, że bardzo chcę wiedzieć co będzie działo się dalej. I tak było, od początku do końca, od 17 grudnia 2023 do 4 marca 2024, bo tyle trwała moja przygoda z tym wybitnym dziełem literackim w interpretacji mistrza Krzysztofa Gosztyły.

Gdy już skończyłem, dopiero po wielu godzinach dotarło do mnie co się wydarzyło. Udało mi się „połknąć” dzieło, które wcześniej kojarzone było z opasłym tomiszczem lektury szkolnej, do którego wszelkie programowe nakazy zniechęcały po całej linii. Znam treść kolejnej polskiej książki uhonorowanej nagrodą Nobla (wcześniej było Quo Vadis 10 lat temu) i jednocześnie klasyki literatury, która opiera się na dawnych, przedwojennych fundamentach. Czyli historii gdzie nie akcja a człowiek stanowi najważniejszy czynnik sprawczy. W dodatku te 45 godzin nie było męczarnią a wspaniałą przygodą, która zaciekawiała z każdą minutą, czy też stroną. Teraz wiem, że gdybym pokusił się o innego lektora, nie miałbym tak świadomej wiedzy co do treści. Tego nie dało się inaczej oddać niż zrobił to Pan Gosztyła. To właśnie on żyje każdą przekazywaną przez siebie historią i to dzięki niemu to dzieło stało się arcydziełem.

W pewnym momencie poczułem wręcz niedosyt, że to już koniec, że już po wszystkim i że nie ma niestety ciągu dalszego. Śmiem twierdzić, że Chłopi są dowodem na to, że w przypadku Władysława Reymonta ścieżki życia potoczyły się tak, że znalazł się on w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Odnalazł w sobie talent, który rozwijał i finalnie został pisarzem, którego dzieła do dziś są w ścisłej czołówce klasyki, a spora ich część została zekranizowana.

W tym momencie mógłbym przejść do recenzji tej książki. Wgryźć się w jej szczegóły, pokazać mój punkt widzenia, wskazać to wszystko czym mnie urzekła i prawić peany na jej temat. Jednak nie zrobię tego i to z wielu ważnych powodów. Najważniejszym jest to, co czasem zdarza mi się, kiedy obcuje z wyrafinowaną sztuką na najwyższym poziomie. Jej odbiór, chociaż teoretycznie znany przez większość społeczeństwa, czy to świadomie czy też z musu, jest tak intymny, że nie zamierzam uzewnętrzniać się z moich przemyśleń. Tym bardziej, że tekst nie odda siły emocji, podniosłości, znaczenia i dogłębności tego co i w jaki sposób chcę przekazać. Wiem to, bo sam czytam na jej temat wiele opinii, recenzji i rozpraw, które często umniejszają jej znaczeniu bądź krzywdzą, równając ją jedynie do poziomu szkolnej lektury.

Dziś wiem, że to jedna z moich ulubionych książek, dzieło skończone i w hierarchii ważności, na pewno w ścisłej czołówce najważniejszych i mających ogromny wpływ na moje życie. Ilość rzeczy i zjawisk które Reymont zawarł w jej treści, dała mi do zrozumienia, przemyślenia i analizy tyle, że w tym momencie pewne procesy dopiero się w danych zagadnieniach rozpoczynają. I one są również powodami, dla których nie zamierzam pisać o tej książce szeroko.

To co mogę napisać, to na pewno świadomość, że Chłopi stały się dla mnie panaceum na wiele książkowych bolączek. Im więcej człowiek czyta lub słucha, tym bardziej jest wymagający, szuka kolejnych ciekawych dzieł. Patrząc na ilość tych z którymi przyszło mi obcować, poziom wzrósł na tyle, że często zniechęcałem się, gdy okazywało się, że kolejne książki po które sięgam, reprezentują co najwyżej średni poziom. Bo z książkami jest podobnie jak z muzyką, czy filmami, kto wchodzi w nie głębiej zaczyna dostrzegać, czy coś jest dobre czy złe. Gdzie zrobiono kawał dobrej roboty a gdzie jest to praca na „odwal się”. I to ciągłe szukanie czegoś lepszego, wyrafinowanego a natrafianie na miałkie pozycje, potrafi zniechęcać do książek, co jest bardzo niebezpiecznym zjawiskiem. Chłopi okazały się być tym dziełem, które przeskoczyło wszystko co w ostatnich latach czytałem bądź słuchałem. Co miłe ale jednocześnie przerażające, Reymont tym dziełem podniósł poprzeczkę tak wysoko, że aż boję się czy znajdę coś, co zaangażuje mój umysł na równie wielkim poziomie.

Słuszną rację miała moja świętej pamięci polonistka z liceum, że piękno dawnej literatury polegało na tym, że tam liczył się człowiek. Nie akcja waląca na łeb na szyję, przez co większość nowoczesnej literatury przelatuje szybko jak „woda między palcami”. Gdy możemy utożsamiać się bohaterami, znamy ich historię, życiorysy, charaktery, problemy, troski, zainteresowania, wtedy jesteśmy w stanie bardziej zrozumieć ich decyzje, rozterki czy obecny stan w jakim się znajdują.

I dokładnie tak jest tutaj, bowiem praktycznie wszystko wiem o każdym bohaterze a często te informacje nie były podawane wprost, a trzeba było je „wyłapywać” nawet w pół zdaniach.

Reymont pokazał także jakim „kozakiem” jest jeśli chodzi o opisy. O ile Eliza Orzeszkowa ze swoim Nad Niemnem potrafiła zniechęcić do siebie nawet najbardziej wybitnych i cierpliwych wyjadaczy lektur, tak Reymont swoimi opisami obrazuje rzeczywistość w tak wysublimowany sposób, że każdy wrażliwy na sztukę będzie mieć przed oczami nie tylko obraz Lipiec, ale także smaki i zapachy.

I mistrzostwem świata był opis zimy. Tam gdzie ja nie wiedziałbym jak rozpocząć zdanie gdybym miał opisać tą porę roku, opis Reymonta w rozdziale rozpoczynającym ten tom trwał ponad dwadzieścia minut. I miałem wrażenie, że dopiero się rozkręcał. Kunszt słowa w dodatku podparty o gwarę to istne mistrzostwo świata.

Oczywiście jest więcej niż pewne, że na mojej półce i to na honorowym miejscu stanie wersja papierowa, ale jak na razie szukam odpowiedniego wydania, bo chcę by było idealnie spełniające moje oczekiwania. W tym momencie dostępne na rynku są albo za duże, albo zza małą czcionką albo ze zbędnymi komentarzami. Więc jak znajdę coś w twardej oprawie, przejrzyście wydrukowane, to nawet nie będę się zastanawiał.

Wspomnieć muszę jeszcze, że bardzo wzbraniałem się podczas słuchania, do sprawdzania informacji o książce w internecie. Miałem taką sytuację, że chcąc sprawdzić jedną małą rzecz z książki, internet nieświadomie zasypał mnie „spojlerami”, tak że trochę psuło to zabawę w samodzielne odkrywanie tego co będzie dalej.

Gdy sesja odsłuchu została zakończona, zabrałem się za ekranizacje, na świeżo, będąc nasycony wiedzą i emocjami. Co mogę powiedzieć o ekranizacji z 1973 roku….

Niewątpliwie to dobry film, choć trzeba mieć w pamięci, że jest on tylko i wyłącznie pociętym serialem, którego premiera była rok wcześniej. W tym filmie widać wyraźnie kto jest aktorem, a kto jedynie odtwarza wkute na pamięć treści. Wiedziałem jeszcze przed lekturą, że Jagnę gra Emilia Krakowska i słuchając audiobooka byłem więcej niż pewien, że to nie był wybór za szczęśliwy. Dlaczego? W książce Jagna to dziewczyna ledwo co dwudziestoletnia, drobna i smukła. Emilia Krakowska zagrała bardzo dobrze, wręcz fenomenalnie, co nie zmienia faktu, że w momencie nagrywania filmu miała 33 lata. Należy pamiętać, że kiedyś ludzie inaczej dojrzewali i tak Andrzej Kopiczyński gdy grał w Czterdziestolatku, choć miał realnie tyle samo lat, to wyglądał jak dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie. Tak samo Pani Emilia Krakowska, choć niewątpliwie piękna i urodna, to grając 20latkę, sama mając 33 lata, wygląda na ekranie jak „rycząca czterdziestka”. Innymi słowy sprawia wrażenie, że nie jest to młoda panienka na wydaniu, której matrona szuka męża, a bardziej jak stara panna, która nie wiedzieć czemu jeszcze go nie ma. Nie zmienia to faktu, że jej angaż był bardzo dobry, bo jako aktorka świetnie zagrała i to nie tylko sceny podniosłe, gdzie wykłóca się z Hanką o wzajemne żale. Fenomenalnie zagrała emocje, gdy oczy zaświeciły jej się niczym świece w momencie gdy stała z Maciejem Boryną a ktoś wspomniał, że na targu jest Antek. A no właśnie Antek….w książce kawał chłopa, silny i mocny na tyle, że gdy wyrzucił do rzeki Mateusza, to ten nie miał szans na obronę. Ignacy Gogolewski choć dobrze grał, to jednak przedstawiał się jako przeciętniak i tylko strój powodował, że mógłby być odebrany jako ktoś silny. W scenie gdy chce wyrzucić jedzenie które Boryna dał Hance, ta grozi mu siekierą i ten mięknie. W nowej wersji Antek to taki kawał chłopa, że gdyby tak zrobiła, to by ją wyśmiał, schwycił za tą rękę z siekierą i trzymając za nią wyrzucił z chałupy.

Za to reszta bardzo mi się podobała i oddawała klimat, chociaż czuć było wyraźnie, że wybrane sceny robią co mogą, by w tym krótkim czasie zawrzeć sens fabuły i wszystko trzymało się kupy.

Wielkie jednak brawa za to, że w tamtych latach ktoś stanął na wysokości zadania i starał się wiernie przekazać treść książki na ekran.

Nowa wersja z 2023 roku…..Chyba jedyne co w niej najlepsze to fakt, że jej zapowiedzi skłoniły mnie do zapoznania się z książką. Do zalet zaliczę ciekawy koncept z obrazami zamiast klatek filmowych i dobrze dobraną rolę Antka. Reszta leży i kwiczy i błaga o pomstę do nieba. Nawet czas trwania 1:22 z napisami. Toż to kpina, w której przedstawiono wybieloną historię Jagny.

Tutaj podkreślę, że Jagna nie była pozytywną bohaterką książki, tym bardziej nie była niewinna i była świadoma co robi. A ganiała za chłopami jak się dało, gdy większość wioski była za kratami a w Lipcach mało kto się ostał, to chędożyła się z Wójtem już „z braku laku”. Tak samo Jasiek, który tu został sprofanowany przez Macieja Musiała, bo ten nie zagrał. On po prostu był sobą i zamiast odegrać rolę młodego kleryka, który czuje powołanie i nie w głowie mu „parzenie się”, to patrzył na Jagnę jak młody koniobijca, co tylko marzy by ją zaliczyć.

I chociaż niektórzy obwiniali chłopów że każdy ją chciał, to gdzieś pod koniec książki jeden z nich słusznie mówi „Pies nie weźmie, jak mu suka nie da”. I faktycznie, gdyby nie to, że sama latała i szukała szczęścia, co jest w książce opisane całymi akapitami, to może faktycznie była by namiastka niewinności. W filmie przedstawiona jako nieskazitelna dziewczyna, co jest idealna i to wina całego świata za wszystko co się dzieje. I te dwie sceny gwałtu, jeden nieudany, drugi tak….W książce nic takiego nie ma. Wójtowi się oddała ale w karczmie jeśli już i nie było sceny nad rzeką. A co do Antka, to ten ostatni raz zmiękła i oddała się mu w całej rozciągłości, dopiero po wszystkim entuzjazm opadł i nastroje się zmieniły. A film pokazuje jak chłopy biorą ją na siłę, jakby broniła się rękoma i nogami – kpina. Zresztą sam finał filmu jest niezgodny z książką, ale to sprawdzi każdy kto po nią sięgnie.

Cieszę się, że tu jest scena jak Antek łapie Mateusza za ożydle, wynosi za drzwi i rzuca do rzeki. W końcu ktoś zrozumiał jak ważny był ten pokaz siły. Za to nadal nikt nie pokwapił się pokazać jak Maciej rzuca Antkiem i rozwala mu twarz o szkło w kredensie….no cóż czyżby budżetu nie starczyło?

Sam piękny koncept malowanych obrazów zamiast filmowych kadrów, to zdecydowanie za mało by móc uznać tą ekranizację za arcydzieło. Filmowcy, chociaż nie tylko oni zresztą, wykazują się często umiejętnością subiektywnej interpretacji oryginalnych dzieł, na których podstawie tworzą swoje ich zobrazowanie. Niestety często na niekorzyść oryginału, co powoduje nie tylko wypaczony obraz ale także z góry narzucony pogląd na dany tytuł. Podobna sytuacja była w przypadku ekranizacji sytuacji z aż dwóch książek: W Kanałach Lwowa oraz Dziewczynka w Zielonym Sweterku, które napisane były na podstawie tych samych wspomnień, z czego jedne bezpośrednio od bohaterki, która przeżyła osobiście tą historię, a potem na bazie jej zapisków inny autor podjął się raz jeszcze tego wyzwania. Parę lat temu ekranizacji podjęła się Agnieszka Holland, która widocznie ma duże kompleksy w sferze seksualnej, bowiem w tragiczną, depresyjną i co gorsza, bardzo brudną historię wojenną, gdzie kompletnie nie było mowy w książkach o miłosnych zbliżeniach, wplotła aż cztery sceny seksualnych uniesień. Dla widza to wyraźny sygnał, że zasadniczo ludziom podczas ukrywania się po ucieczce z getta, jak i podczas przebywania w nim, było tylko jedno w głowie. To właśnie ten film ostatecznie zraził mnie do Holland, co trwa po dziś dzień i z każdą jej publiczną wypowiedzią jeszcze bardziej się pogłębia i umacnia.

Tak samo w przypadku Chłopów, jeśli ktoś zabiera się za ekranizację tak wielkiego dzieła, które przecież zostało nagrodzone Noblem, to niech chociaż ma to wszystko ręce i nogi, a nie tylko…. rozłożone nogi…Chociaż z drugiej strony cieszę się, że ekranizacji podjęło się małżeństwo Welchmanów, bo gdyby zabrała się za to Hollandowa, to pewnie Antek i inni absztyfikanci nie mieli by czasu na zakładanie spodni z powrotem na tyłek, bo znów byłoby chędożenie. Co nie zmienia faktu, że chociażby potraktować tą ekranizację jak najbardziej pobłażliwie i doszukiwać się w niej jakiegoś rytu przedstawiającego istotę ducha książki, to można śmiał stwierdzić, że nie występuje on tu wcale bądź jedynie szczątkowo.

Chociaż jak lew bronił będę postaci Hanki, która jest najważniejszą bohaterką Chłopów Reymonta, to jednak nie ona jest rdzeniem, sednem i fundamentem tego wielkiego dzieła. A to co nim jest, to kolejne zagadnienie, dla którego nie śmiem podejmować się recenzowania treści książki. Myślę jednak, że wytrawny czytelnik sam go odnajdzie, bo jest on wyraźnie przedstawiony w treści i kiedy się odsłania, to w jednym momencie człowiek otwiera oczy i intuicyjnie rozumie, że o to właśnie chodziło autorowi. Zaraz potem pojawia się myśl, że raczej niemożliwe jest by ktokolwiek, kto weźmie to dzieło do ekranizacji, adaptacji sztuki teatralnej czy jakiejkolwiek innej interpretacji, nie podejmie się próbie wzięcia tego pod uwagę.

Właśnie ta świadomość jest dla mnie niezaprzeczalnym zarzutem pod kątem tej ekranizacji, jak mocno krzywdzi ona sens Chłopów i skupia się wyłącznie na tym, co dla samego autora było jedynie zbiegiem faktów fabularnych, które miały być tylko pryzmatem wydarzeń przez które można obserwować cały sens tego dzieła. Dlatego też podkreślam, że jeśli ktoś będzie opierać swoją wiedzę na temat Chłopów z 2023 roku, bo obejrzy film, to nawet nie ma co z kimś takim wchodzić w dyskusję.

To dlatego tak piękna jest literatura i obcowanie z nią. Oczywiście, podjęcie się wyzwania poznania tego dzieła, nie było proste. Zdawałem sobie sprawę, że „obalić” książkę, która według oficjalnych źródeł ma 710 stron, to musi być świadoma i skonkretyzowana decyzja. Szczególnie biorąc pod uwagę wszelkie, do tej pory znane o niej fakty, które jak pokazała treść były fałszywe. Dobrze, że moja determinacja spowodowała, że wszedłem w to po całości. Dzięki temu przeżyłem niezwykłą przygodę i dziś oprócz tego, że jestem nasycony wiedzą i wręcz to uniwersum żyje we mnie życiem organicznym, to w dodatku mam tą dominującą pozycję w której mogę prowadzić dysputy z każdym, kto będzie śmiał w jakikolwiek sposób twierdzić, że ten film to fabularny majstersztyk. Każdy argument na to, że ta „skrzywiona” wersja fabularna jest słuszna, mogę w każdej chwili obalić wysyłając całe akapity, jeśli nie rozdziały z książki.

To właśnie kocham w książkach, z którymi obcuję od lat i to bardzo świadomie. Nikt mnie do tego nie zachęcał, nie przekonywał a to, że zacząłem się w nie zagłębiać było dobrowolnym wyborem i decyzją podjętą na bardzo silnej podwalinie. Uznałem w pewnym wieku, że to trochę wstyd, że w różnych miejscach słyszę cytaty z różnych dzieł a ja ich nie znam. Wtedy właśnie zaczęła się przygoda, która najpierw opierała się na książkach papierowych a później, gdy większość czasu spędzałem za kierownicą, na audiobookach. I myślę, że jestem wielkim szczęściarzem, że urodziłem się i żyję w czasach, gdy taka forma jest dostępna i coraz bardziej popularna. Nawet nie chcę myśleć o tym ile bym stracił, gdybym nie miał możliwości obcowania z książkami w formie audio. Przeliczając czas jaki mógłbym poświęcić wersji tradycyjnej wynik poznanych książek, których treść jest mi znana, byłby mizerny w porównaniu do tego, który mam na koncie.

A Chłopi są jedną z najlepszych wśród około 200 jakie dane mi było poznać. Owszem w mojej statystyce na lubimyczytac.pl widnieje (na chwilę publikacji tego tekstu) liczba 178, ale pamiętać należy, że było wiele dzieł które przeczytałem, zanim odkryłem ten serwis, że spokojnie było tego ponad 200 co mogę do tej liczby dyplomatycznie uśrednić. Czy to dużo czy mało, osobliwe zagadnienie, bo jeśli odnieść ten wynik do statystycznego polaka, to liczba wydaje się ogromna. Natomiast patrząc na wyniki prawdziwych „moli książkowych”, to jestem często „małe miki”. To co napawa mnie dumą, to świadomość, że tytuły których się podjąłem były zawsze świadome i większość z nich to dzieła wielkie.

To odsłania pewien rąbek tajemnicy mojego charakteru, na który ma wpływ właśnie dobieranie sobie dzieł z jakimi obcuję. Dotyczy to zarówno muzyki, książek jak i filmów. Może i wymaga to trochę zaangażowania, odpowiedniego researchu i poświęcenia, ale naprawdę warto najpierw posprawdzać wszelkie informacje, nim świadomie sięgnie się po dany tytuł. Ilość dzieł jakie człowiek może poznać jest zasadniczo nieograniczona, za to czas życia już tak. Dlatego jeśli wybiera się to co najlepsze i najbardziej wartościowe, to wtedy życie staje się bardziej kolorowe i szlachetne, a często bywa i tak, że zmienia się całkowicie patrzenie na świat.

Dlatego książka Chłopi Władysława Reymonta to dzieło, które zrobiło na mnie wrażenie tak ogromne, że nie pamiętam kiedy ostatnio cokolwiek było w stanie to sprawić. Natomiast filmy tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że znając treść książki, należy się do elitarnego grona tych, co bez słów orientują się w tym, że chyba nigdy żadna ekranizacja nie będzie w stanie oddać tego, co autor miał na myśli.

Gdybym odważył się zagłębić w moją interpretację i analizę tej książki, to myślę, że powstała by bardzo długa praca, przesiąknięta cytatami, moją oceną jak postrzegana jest w szkołach, w ogólnych dyskusjach i dlaczego mam odmienne zdanie. Jednak, chociaż tego nie zrobię to nie zmienia faktu, że chyba po raz pierwszy w życiu zajdę do księgarni i kupię coś, co zawsze omijałem z daleka. A chodzi mi o „fiszki”, czyli małe karteczki samoprzylepne, które przyklejał będę w moim papierowym egzemplarzu, tam gdzie są najważniejsze i najpiękniejsze akapity, fragmenty i cytaty.

Moim marzeniem jest, by nastąpił jakiś cud i społeczeństwo poczuło chęć czytania. Świat byłby piękniejszy gdyby naszymi problemami dnia codziennego były spory na temat co autor miał na myśli. Wtedy inaczej funkcjonowałby świat, bo to właśnie książki pomagają go zrozumieć i dają piękne i gotowe rozwiązania co robić by było lepiej. A wystarczy tylko chcieć.

Tym bardziej, że Władysław Reymont swoją książką Chłopi po raz kolejny sprawił, że podobnie jak w przypadku innych WIELKICH dzieł jakie przyszło mi poznać, inaczej patrzę na otaczającą mnie rzeczywistość, rozumiem więcej z tego jacy są ludzie. A jeśli nawet pewne zjawiska nie mają wytłumaczenia, to przynajmniej znana jest mi etymologia ich powstania. Tak się bowiem składa, że wiele zachowań ludzkich czy zjawisk społecznych, które często wzbudzają w nas niedowierzanie bądź są zaprzeczeniem instynktu samozachowawczego czy po prostu sprawiają, że z logiki robi się nierządnicę, nie powstały dziś. Nie są czymś nowym a ich struktura to jedynie pielęgnowanie niechlubnych tradycji, zapoczątkowanych dziesiątki dekad temu. A co gorsza do dziś są nie tylko pielęgnowane, ale także rozwijane poprzez wykorzystywanie narzędzi, które oferuje rozwój cywilizacji.

I to wszystko można dojrzeć i wręcz być przez moment przerażonym jak są widoczne i jaskrawe. Szczęśliwie dzięki wiedzy można jeszcze mocniej się na nie uodpornić i wyciągnąć inny smutny wniosek. Niezaprzeczalnym faktem jest to, że ogólny spadek czytelnictwa w naszym kraju jest spowodowany nie tylko obniżającym się poziomem inteligencji, ale co gorsza oddolnymi zabiegami systemu, który nie chce by ktokolwiek się w literaturę zagłębiał. Bo każdy kto zacznie to robić, pochłonie go to bez reszty, i co gorsza zacznie samodzielnie myśleć i wyciągać wnioski, jest dla rządzących jednostką skrajnie niebezpieczną.

Sytuacje jest na tyle zła, że przerażeniem zauważyłem w Angorze artykuł dotyczący akcji ratowania bibliotek, które swoją inicjatywą chcą ratować nie tylko swoją, zabijaną przez samorządy działalność, ale także a może przede wszystkim poziom czytelnictwa. Bo brak możliwości zakupu książki w swojej gminie to jedna z systemowych metod, by odciąć potencjalnego czytelnika od źródła dostępu. Akcję poparło wiele znamienitych person ze świata literatury i językoznawstwa, min. prof. Jerzy Bralczyk i prof. Jan Miodek. Sam dołączam się do grona tych, którzy swoim skromnym zaangażowaniem mogą zwrócić na to uwagę, bowiem nie wyobrażam sobie sytuacji, że w miejscu mojego zameldowania nie będzie księgarni, w której oprócz długopisu i zeszytu nie będzie można kupić nowej, pachnącej drukarnią książki.

Zostaw Komentarz