Linkin Park – Papercuts. Recenzja

with Brak komentarzy

Linkin Park uraczył świat swoją składanką najlepszych hitów, tudzież przebojów w kompilacji zatytułowanej Papercuts.

 

 

Rok i pięć dni od ostatniego dużego wydawnictwa Meteora – 20th Anniversary Edition, o którym pisałem na moich łamach i jednocześnie dosyć obszernie wyraziłem swoje zdanie zarówno na jego temat, jak i na temat samego zespołu, znów mamy kolejną premierę.

Przyznam, że jestem zaskoczony. Wiedziałem o tym, że Linkin Park nie da o sobie zapomnieć, natomiast spodziewałem się, że kolejna rzecz do kupienia będzie bardziej epicka i okazała. Skłaniałem się ku temu, że może zespół odsłoni się z koncertem z nową wokalistką, którą już cały internet ochrzcił, że będzie to Bonnie Fraser z zespołu Stand Atlantic. Plotki mówią też, że zespół myśli o Amy Lee z Evanescence. Sama zainteresowana stwierdziła, że to miłe, ale z powodu natłoku zajęć mogłaby się tego podjąć jedynie przy okazji i co najwyżej „na pół etatu”.

 

 

Spodziewałem się też, że może LP wyskoczy nagle jak „Filip z konopi” i chcąc pokazać jak są nowocześni, zrealizują koncert z użyciem hologramu ze swoim tragicznie zmarłym wokalistą Chesterem Benningotonem. Takie wydarzenie byłoby spełnieniem najbardziej mokrych snów dla tych, którzy Linkin Park cenią sobie bardziej, niż swoje istnienie.

I mogło się tak wydarzyć. Ba! Na pewno się to wydarzy, ale na to potrzeba czasu i pieniędzy. Nie tak łatwo jest wprowadzić nową wokalistkę do kapeli, zapoznać ją ze wszystkimi meandrami a do tego jeszcze zacząć tworzyć z nią nowy materiał. O jego rejestracji i wydaniu już nawet nie wspomnę.

 

Hologram natomiast to spory wydatek a zespół ma zarabiać a nie tracić czy wychodzić na zero. Dlatego też szef tego całego cyrku czyli DJ, wodzirej, zarządca, twórca merchu, pomysłodawca wszystkich akcji marketingowych Joseph Hahn, oraz jego otoczenie w postaci zespołów gości od marketingu w przyciasnych garniturkach, radzili co tu zrobić by i w tym roku hajs się zgadzał.

Dumali, myśleli i w końcu po dogłębnej analizie rynku, zachowań społeczeństwa w internecie a także biorąc pod uwagę swoje własne potrzeby finansowe, wpadli na bezczelny w swoim szaleństwie pomysł. Wydajmy jeszcze raz wszystkie single, które już były wydawane przy okazji premier nowych płyt, dołóżmy tam coś, czego jeszcze nie wydaliśmy, a mamy tego przecież mnóstwo na podorędziu, i puśćmy to w świat.

 

 

Jak uradzili, tak zrobili i oto 12 kwietnia 2024 roku światło dzienne ujrzała płyta Papercuts, która zawiera wszystkie wydane single, od pierwszej do ostatniej do tej pory płyty. Jedynym dodatkiem jest utwór Friendly Fire, nie umieszczony kawałek z sesji nagraniowej do ostatniej płyty One More Light.

Czyli innymi słowy, Linkin Park poszedł po najmniejszej linii oporu i wydał bezczelnie to, co już było wydane wcześniej, by napchać swoje kieszenie dodatkowymi środkami finansowymi. Oczywiście nie mogło się obyć bez wersji deluxe tego „the best of”, więc są aż dwa specjalne wydania na vinylu, oprócz standardowego. Jest i wydanie CD a nawet na kasecie magnetofonowej dla entuzjastów dawnych nośników.

 

No i oczywiście dużo, bardzo dużo nowego merchu z wzorem z okładki, która prezentuje logo zespołu przepuszczone przez neonowe światło, które rzuca za nim obrys niczym zorza polarna. Prosto łatwo, po taniości, czyli dokładnie tak jak miało być.

Chcąc dalej kontynuować moje przemyślenia na temat tego wydawnictwa, muszę wspomnieć o odbiorcach muzyki Linkin Park. A jest trochę kategorii, które diametralnie się od siebie różnią. Ot na pierwszy rzut, tacy jak ja. Znam całą dyskografię, wiem, że są nawet znośne kawałki, świadomie jednak nie włączę, ale też nie przełączę jak leci w radio. Zasadniczo mój kontakt z ich muzyką ogranicza się do zapoznania się z materiałem przy okazji premier wydawniczych.

 

 

Są też tacy co lubią posłuchać, ale bez przesady. Równie dobrze po tym jak poleci Linkin Park w głośnikach może pojawić się Nickelback czy Maroon 5 i nie będzie jakiejś zauważalnej emocjonalnej różnicy jeśli chodzi o muzyczny odbiór.

Niestety są też fanatycy, których można nazwać również znaffcami bądź wyznaffcami. To tacy którzy za Linkin Park dali by się pokroić. A o wyższości swojej umiłowanej w wierze kapeli, są tak przekonani, że jakakolwiek wzmianka o niej w mediach społecznościowych, powoduje zmasowany lincz i atak tak zajadły, że jego siły i determinacji mogą pozazdrościć nawet wszelkiej maści sponsorowane fermy trolli sponsorowane przez niektóre dyktatorskie rządy.

 

Innymi słowy jeśli wspomni się coś w sieci o Linkin Park, to nagle wyłażą jak robaki z zalanej wodą dziury, lub szczury z tonącego statku. A co najciekawsze, można ich gasić dowolnym argumentem. Mnie zazwyczaj atakują, że jestem fanem Korn-a, co przyjmuję jako komplement, bo przecież to Linkin Park jest plastikową podróbką tego zespołu, więc tym radośniej czytam takie słowa.

I nie muszę sam wywabiać ich ze swoich nor. Wystarczy że przeczytam gdzieś komentarz kogoś innego, oczywiście nie składający pokłonów i peanów, a już pojawia się cała rzesza zagorzałych fanatyków, którzy chcą autorkę bądź autora takiego komentarza unicestwić. Przeglądając ich profile, tuż przed zgłoszeniem i zablokowaniem, widzę że praktycznie wszystko co mają w zawartości to rzeczy związane z Linkin Park, często nawet bez swojego zdjęcia profilowego. Do tego stopnia, że aż bije od tych treści przekonanie, że jak ty ich nie uwielbiasz, to nie jesteś godzien nazywać się człowiekiem.

 

 

Skąd to się wzięło? Nie mam pojęcia, natomiast chociaż jestem wielkim fanem Korn-a nie posiadam w swojej kolekcji płyty Greatest Hits Vol.1. A dodatkowe kawałki (Another Brick In The Wall oraz Word Up)zassałem kiedyś z neta, a dziś mogę sobie legalnie posłuchać na Spotify czy z YouTube. Natomiast myślę, że gdyby Linkin Park zdecydowałby się do swoich nowych wydawnictw dodawać małe pojemniczki z moczem muzyków, to owa grupa wyznaffców kupowała by to i nawet była by zdolna ten mocz wypić. Oczywiście jednak podczas jakiejś specjalnej okazji w stosownym czasie i z odpowiednią celebrą.

Tylko, że wszystkie grupy odbiorców muzyki Linkin Park łączy w tym momencie jedno! Ta składanka to żywy i twardy dowód na to, jak ten zespół dał właśnie wszystkim „mentalnie po mordzie”. Łapczywość zarabiania kasy na fanach jest tak bezczelna, że nie mogli się powstrzymać by chociaż udawać, że dają fanom coś wyjątkowego. Ot składanka „the best of”, która nie wnosi praktycznie nic, ale fani i tak to łykną.

 

Nie wiem jak bezkresną wiarę trzeba w sobie posiadać, by nie zorientować się, w entym już locie, że coś tu jest nie tak? Ta składanka ma w sobie bardzo ciekawy zabieg. Wiadomym jest, że pierwsze dwie płyty zespołu były niezłe i wyznaczyły trendy, które miały być tożsamością LP. Niestety później im dalej w las tym było tylko gorzej. Coraz bardziej płasko, bezpłciowo i miałko do tego stopnia, że nie dało się tego słuchać. Linia czasu w kolejności chronologicznej jest w tej kwestii bezlitosna.

By uniknąć tego wrażenia w pigułce, na podstawie singli, sprytnie wymieszano losowo kolejność utworów na Papercuts. Dzięki temu zaraz po jakimś mdłym kawałku z ostatnich płyt, co rusz jest coś z Hybrid Theory lub Meteory.

 

 

Oczywiście fanatycy powiedzą, że to super wydanie bo jest ono zamknięciem rozdziału ze zmarłym Chesterem, a czas płynie dalej i trzeba iść do przodu. W dodatku to takie podsumowanie i inne zespoły też robiły takie rzeczy. Następnym argumentem będzie to, że dzięki tej składance będzie można polecić (na siłą ale zawsze) tą najlepszą kapelę na świecie komuś, kto jeszcze o niej nie słyszał (w co bardzo wątpię, chyba że wychowywał się w amazońskiej dżungli). No i w dodatku cokolwiek nie wydaje Linkin Park to jest ze złota i po prostu trzeba to mieć i to w każdej możliwej wersji.

Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. Pisałem o moim podejściu do Chestera. Dziś mi jest go naprawdę bardzo żal. Nie tylko jako człowieka, którego depresja doprowadziła do kresu, ale także jako muzyka, który dla mnie był wokalistą cienkich lotów. Otóż nie ma go wśród nas parę lat, a znów na jego dorobku zespół, Hahn i reszta speców od marketingu liczy kolejne zera na koncie.

 

Zastanawiam się, czy gdyby żył to przychylnie patrzyłby na to, jak zespół nie wiedząc co ma ze sobą począć, zamiast podjąć męską decyzję o tym, czy albo zamykamy działalność, albo robimy nowe rzeczy, nadal, po raz nie wiadomo który, wydaje wciąż te same utwory. I chociaż coś się do tego dodaje, to nie zmienia faktu, że wszystko inne jest wtórne.

Friendly Fire to kolejny z niewydanych kawałków, które nagrał ale nie pozwolono go wydać na oficjalnym krążku. I tych numerów jest tyle, że wszyscy się przekonają, o czym już zresztą wspominałem, że jak będzie kolejna rocznica Meteory poznamy jeszcze inne niewydane z nią rzeczy. Nagle okaże się, że to jednak nie było wszystko i znów zapcha się wydawnictwo.

 

 

Ilość materiału jaki Linkin Park posiada, po to by dać coś jak „ochłap”, który ma być zachętą do zakupu płyty jest tak wielka, że zespół może nimi szafować jak kardynał Dziwisz relikwiami JP 2. Kiedy będzie się wydawać, że to już koniec i nie zostało już nic, nagle pojawi się tego tyle, że znów potrzebne będą dwa albo trzy krążki by to zapełnić.

Papercuts to zabieg mający spowodować, że ta karmiona całe życie antybiotykami kura znosząca złote jajka, chociaż wyliniała i zmęczona życiem, ma zdobyć się na wysiłek i znieść jeszcze jedno. Może już nie tak wielkie i zdrowe jak kiedyś, w dodatku bez dwóch żółtek w środku. Jednak chociaż takie by można było je sprzedać jako z chowu klatkowego.

 

A prawda jest taka, że jak ktoś ma ochotę posłuchać tych utworów, to może sobie zrobić playlistę na Spotify, lub jeśli potrzebuje to w plikach mp3, czy też bardziej ekskluzywnie we FLAC, to wystarczy pięć minut i już będzie ją miał z Chomikuj.

I każdy wie, że to nie koniec. Jeśli do przyszłego roku w zespole nie wydarzy się nic godnego uwagi, to możemy być pewni, że w okolicy kwietnia pojawi się coś na podobną modłę.

 

 

Raz spadłem z krzesła ze śmiechu, gdy przeczytałem komentarz jednego z wyznaffców LP, który stwierdził, że „Chester to Freddie Mercury naszych czasów”. Pod pewnym kątem na pewno, jego legenda będzie powodem do wydawania czegokolwiek, by wyciągnąć hajs od słuchaczy. Co spowoduje, że pojawią się potem oficjalne składanki pod nazwami „Spineshank”, „Greatest Hits”, „The Very Best Of”, „Absolutely Gold” i tak dalej i tak dalej, podobnie jak Queen czy The Beatles.

Zacietrzewionych w swojej ślepej wierze znaffców to mi nie żal, bo oni i tak kupią wszystko, nawet gdyby wyszły wspomniane wyżej pojemniki z moczem. Natomiast żal mi ludzi ze zdrowym podejściem, bo jeśli natną się na tą płytę, to może i ucieszą się, że mają coś z dorobku zespołu, ale to LP jest największym wygranym, bo dzięki temu zasili się ich konto.

 

Pozytywne jest to, że ilość stron fanowskich, postów bardzo sponsorowanych i starań by dotarły dosłownie wszędzie, sprawiły że dowiedziałem się o tej składance. A gdy już ta wiedza do mnie dotarła, postarałem się by ich posty nie zaśmiecały mi social mediów.

Nie ukrywam, że wielką przyjemność sprawia mi pisanie tego tekstu. Kolejna możliwość poszydzenia sobie z tej ubóstwianej kapeli jest zawsze niewysłowioną radością. Szczególnie kiedy sam zespół daje mi ku temu kolejne twarde argumenty. A moje ich uzasadnienie frustrację gimbazy, która jest tak fanatycznie zapatrzona w ten zespół, że mogła być podobnie jak Silas z Opus Dei, dla pokazania swego poświęcenia umartwiając się nosić na udzie pas Cilice.

 

 

Powtórzę jednak, że gdyby nie marketingowa machina, która stara się wypchnąć LP na piedestał, to ta kapela nie różniła by się niczym od Hoobastank, Nickelback, Wheatus, Alien Ant Farm, Adema, Spineshank czy A! Większość z wymienionych już prawie nikt nie pamięta (oprócz Nickelback, który celowo tu dodałem), a grali często lepiej niż Xero…o przepraszam Linkin Park, który nazwę zmienił by być na półkach sklepowych alfabetycznie za Limp Bizkit.

I nie mam absolutnie nic do tego, że kapela ma swoich zagorzałych fanatyków. Niech sobie będą i spalają się na ołtarzu swojej sekty, natomiast nie życzę sobie, by ich ekspansja nawet w najmniejszym stopniu chciała podejmować próbę polemizowania z moimi faktami na temat LP.

 

Szczęśliwie mam taki charakter, że gdy ktoś próbuje mnie na siłę przekonać do swoich racji, to tym bardziej umacnia mnie w moich. Dlatego cieszy mnie to, że żyję w czasach kiedy każdego osobnika, który chce podjąć ten bezcelowy wysiłek, można internetowo ewaporować.

Dużo przyjemności sprawia mi to, że moje recenzje są linkowane na forach, gdzie trwa potem zażarta dyskusja na ten temat, że jak ja w ogóle śmiałem podjąć taki temat. Ja natomiast nie wchodzę tam, nie czytam ale śmieję się, jak wielką ilość mrówek wkurzyło włożenie do ich mrowiska kija.

 

A w tym czasie wolę pójść sobie do lasu, pocykać zdjęcia i posłuchać….śpiewu ptaków, bo to na pewno przyjemniejsze niż słuchanie Linkin Park.

 

Linik ParkPapercuts

Premiera – 12 kwietnia 2024

 

1. Crawling – 3:29

2. Faint – 2:42

3. Numb / Encore – 3:26

4. Papercut – 3:04

5. Breaking The Habit – 3:16

6. In The End – 3:36

7. Bleed It Out – 2:44

8. Somwhere I Belong – 3:34

9. Waiting For The End – 3:51

10. Castle Of Glass – 3:25

11. One More Light – 4:15

12. Burn It Down – 3:50

13. What I’ve Done – 3:25

14. QWERTY – 3:21

15. One Step Closer – 2:35

16. New Divide – 4:29

17. Leave Out All The Rest – 3:29

18. Lost – 3:19

19. Numb – 3:07

20. Friendly Fire – 2:56

 

Chester Bennington – vocals

Rob Bourdon – drums

Brad Delson – lead guitar

Dave Farrell – bass guitar

Joe Hahn – turntables, samples

Mike Shinoda – rap vocals, vocals, samples, strings arrangement, rhythm guitar, piano, keyboard

Zostaw Komentarz