Przerwa w aktywności, jadohejt i inne…..

with Brak komentarzy

Najtrudniej tworzy się nagłówki, co często zajmuje więcej czasu niż pisanie samego tekstu, więc tym razem nagłówka nie będzie a zamiast tego to zdanie oznajmiające, bo szkoda czasu na nudne wstępy.

Nie da się ukryć, że doczekaliśmy ciekawych czasów. Czasów kiedy internet nie jest, tak jak kiedyś to było, skarbnicą wiedzy, miejscem gdzie można rozwijać swoje zainteresowania, pogłębiać meandry swoich pasji czy szukać ciekawej rozrywki.

Ten rok pokazał dobitnie co z tym pięknym wynalazkiem zrobili sami ludzie. I przekonałem się o tym na własnej „skórze”.

Wszystko można by podsumować stwierdzeniem-pytaniem: Czy internet sprawił, że ludzie stali się zezwierzęceni, pełni jadu i zawiści? Czy też może przez to, że zdali sobie sprawę ze swojej bezkarności i odkryli swoją prawdziwą naturę? Myślę że po części to drugie. Ciekawe jest tylko to, że oni się w tym rozwijają, tak jakby to była ich pasja i najwyższy cel.

Mnie się dostało w momencie kiedy wspomniałem, że nie zaszczepię się na wiadomo co. Oj polała się żółć. Wyzwisk, hejtu, wskazań, że jestem ciemnogrodem i inne negatywne komentarze lały się na mnie jak grad. Była co prawda obrona w postaci dyskusji w której brali udział znajomi mający to samo zdanie co ja. Niestety wrzód pękł, ropa się wylała i wyszło na jaw, kto jest po której stronie barykady.

Co bardzo istotne, ludzie którzy wyzywali mnie od „morderców odwleczonych w czasie” itp., to osoby, które do tej pory bardzo szanowałem. Ba! Niektórych uważałem za autorytety. Myślałem, że mam w znajomych samych mądrych ludków, którzy nawet jak się z tobą nie zgadzają w jakiejś kwestii, to chociaż nie jadą po tobie jak po łysej kobyle, bo ośmielasz się mieć odrębne poglądy.

Jak się okazuje, wystarczy powiedzieć coś, co nie jest przez nich akceptowalne a zaraz zmieszają cię z błotem. I oczywiście część z nich wywaliła mnie ze znajomych. Część zablokowała, co było z serdeczną wzajemnością. Bowiem kto mnie usunął to jak wchodziłem na taki profil, zgłaszałem Facebookowi a następnie blokowałem osobiście.

Warto tutaj zauważyć, że parę osób które odeszły do elitarnego grona ewaporacji, to postacie z branży medycznej. Na sam koniec to i tak ja dzierżyłem topór zwycięzcy. Dlaczego?

To bardzo proste. Moje logiczne, poparte dowodami przykłady sprawiały, że jad oparty na poszlakach bladł. A blokując się nawzajem sprawiliśmy, że ja mam spokój bo nie muszę się użerać na co dzień z widokiem osób, które na zdjęciach na fb tak pięknie się uśmiechają a później potrafią używać słów, których nie powstydził by się nie jeden recydywista.

Tak więc jeśli czytasz ten artykuł a nie mamy się w znajomych to wiedz, że albo ty mnie bloknąłeś, lub co gorsza dla ciebie – to ja zablokowałem twój profil. Tak….to nie jest tak, że zostałem usunięty, minie czas a ja będę prosił o kontakt i ponowne przyjęcie do znajomych. Skoro stało się jak się stało, to dla mnie nie istniejesz, tak jakbyś nie istniał nigdy. Jednak skoro to czytasz, to znaczy, że nadal obserwujesz co się u mnie dzieje. Nie ty pierwszy i nie ostatni.

A dlaczego piszę to tutaj a nie na fejsie? Wszystko dzięki mojej znajomej (Jola z tego miejsca bardzo serdecznie Cię pozdrawiam), która zawsze, w każdej rozmowie telefonicznej powtarza mi, że to co tworzę nie mam dawać na fejsa, tylko tu. Bo po pierwsze od tego ma się stronę, po drugie społeczeństwo na fb nie rozumie inteligentnych treści. Co najwyżej można to tam podlinkować…

Tak więc chyba przyszła pora by się przestawić na odpowiednie tory i zacząć skupiać swoją twórczość właśnie tutaj.

A dlaczego mnie nie było tu tak długo? Cóż…

W sumie to dobre pytanie. Jako że naprawdę rzadko piszę o sobie, tym bardziej zasadne jest to, że to nie odwaga czy też porywanie się na jakieś filozoficzne wypociny. A stwierdzenie faktów, łączenie wątków i nakreślanie rzeczywistości.

Każdy kto mnie śledzi, a wiem, że śledzi mnie wielu odbiorców, co pokazują statystki, na pewno zauważył, że ostatnio moja aktywność blogerska (tak – spłaszczam moje działania tym słowem), opadła.

I nie jest to spowodowane brakiem weny, zanikiem energii czy lenistwem. Drzemie we mnie bowiem wciąż cały wulkan energii i chęci do wykorzystania możliwości.

Siedzę sobie teraz z kawą, patrząc za okno, ciesząc się tym, że jeszcze jasno. Chociaż wiem, że jak skończę pisać to tak już nie będzie. W głośnikach jakaś muzyka, za mną płonie kominek zapachowy. A ja łapię kolejne głębokie oddechy ciesząc się, że nastał taki dzień jak dziś.

Życie pokazuje nam, że na każdym jego etapie mogą przydarzyć się nam najróżniejsze rzeczy. Czasem czytamy o nich w książkach, czasem widzimy je na filmach. Innym razem są to historie zasłyszane.

Tak czy inaczej nie spodziewałem się, że od stycznia do momentu zakończenia tego tekstu, wydarzy się tyle rzeczy, które będą miały tak niebagatelny wpływ na moje losy. Często jeśli nie całkowicie niezależne ode mnie.

Wszystko co wydarzyło się od 1 stycznia było jak taran. Kumulacja niekorzystnych zdarzeń i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności od stycznia do marca sprawiła, że później było ciężko o uśmiech. Śmiem twierdzić, że większość społeczeństwa postawiona przed wszelkimi faktami jakich doświadczyłem, już z dawna polski miała by swój nagrobek na bliskiej nekropolii. Ja jednak się nie poddałem i wiedziałem, że wszystko wyjdzie na prostą. Wystarczy determinacja, nieprzebrane pokłady siły psychiki, zawzięcie, pewność siebie i…czas…

No właśnie, czas jest tym czego nie możemy sobie kupić. Ale możemy nauczyć się cierpliwości i skorzystać z tego, że jest on nieubłagany. I jeśli dziś wprowadzimy kroki ku temu by przyszłość zaświeciła się pięknym, jasnym blaskiem, to możemy zbierać owoce swojej pracy. Nie będzie to jednak ani dziś, ani jutro. Musi upłynąć wiele czasu zanim ziarno wyda plony.

I tak było u mnie. Kumulacja nieszczęśliwych zdarzeń sprawiła, że w okolicach marca byłem w naprawdę ciemnej dupie. Co gorsza jeden czynnik sprawił, że dwa tygodnie zwijałem się z bólu. Na szczęście lekarz, który poddał mnie zabiegowi ostrzegł mnie, że może tak być. Miałem więc świadomość, że ból w końcu minie. Ale co się nacierpiałem to moje.

W momencie kiedy wydawało mi się, że już wszystkie pożary są ugaszone, nie miałem przypływu radości czy euforii, że zło dawno ukryło się. To co nas dobija w postaci gradobicia, ma swój negatywny wpływ na nas w całokształcie. Jednak spokojnie i to udało mi się ogarnąć.

Wakacje to był prze szczęśliwy okres w moim życiu. Nie pamiętam bym wcześniej czuł taki spokój, siły i energię. Wszystko układało się tak jak chciałem. Było bajecznie. Aż do września……

Do tego czasu mimo przeszkód i problemów jakich zgotował mi los, starałem się być aktywnym, kreatywnym i pokazującym, że wszystko ok. Ale końcówka września pozbawiła mnie złudzeń. A zaczęło się niewinnie….

Ostatni weekend września, budzę się rano i wydaje się, że wszystko jest ok. Jadę na zakupy, robię pranie, jem śniadanie i piję poranną kawę. Chcę się wyrobić sprawnie ze wszystkim by poczuć zew wolnego czasu. Coś mi jednak przeszkadza, jest za gorąco, pot leje się po czole. Póki co nie zważam na to. Jednak sytuacje zmienia się po tym jak naprawdę już mam czas dla siebie.

Leżę w łóżku i czuję, że chyba się przeziębiłem. Idę do kuchni i zabieram termometr elektroniczny. Mierzę temperaturę – 36,5. Wszystko w normie, ale moje ciało wysyła sygnały, że jednak nie. Olewam to bo termometr wie lepiej. Po godzinie dowiaduję się, że jest popsuty i zawsze pokazuje tą samą temperaturę.

Biorę więc termometr rtęciowy. 10 minut niepewności i…..36.9. Luzik. Wyleżę do niedzieli i poniedziałku rano a w pracy będę się oszczędzał to minie jak z bicza.

Nie minęło. Złota zasada życia mówi, że jak może iść lżej to idzie jeszcze gorzej. Załadunki na wietrze. Rozbieranie naczepy z dwóch stron albo na otwartych, zimnych placach albo w zamkniętych halach, gdzie nie możesz zdjąć odblaskowej kurtki. Pot lał się strumieniami a wszelkie odzienie można było wyciskać do woli.

Tak sytuacja trwała 3 tygodnie. Leżenie w weekend nie pomagało. Faszerowanie się silnymi lekami na przeziębienie też. W końcu organizm powiedział dość. Wziąłem tydzień urlopu by to „coś” wyleżeć.

Powiedzmy że się udało. Ale organizm był tak osłabiony, że jeszcze dwa tygodnie pociłem się jak kot spinając towary na naczepie, czy rozkładając ją na dwie strony. Było już lepiej, ale to co we mnie powodowało osłabienie, nadal dawało się we znaki.

W końcu odpuściło i od paru dni czuję się dobrze jak nigdy dotąd. Czy to był Covid? Nie wiem. Badano mnie na firmie ostatnio, tym bardzo drogim testem i wyszło, że negatywny.

Moja teoria jest taka, że złapało mnie przeziębienie i to co mnie męczyło to skutki nie wyleżenia tego beznadziejnego stanu. Jak się okazuje mam silny organizm i po czasie wygrałem z tym stanem. Co tłumaczy wiele sytuacji.

Brak aktywności. Czy to w sieci, czy to fizycznej. Człowiek osłabiony nie słucha nawet muzyki. Robi swoje i dąży do chwil gdy może odpocząć. Nie interesują go inne sprawy, oprócz tych które dają regenerację, ulgę i nadzieję, że jutro będzie lepszy dzień.

Dlatego rower, hulajnoga czy nawet długie spacery poszły w odstawkę i gitara niestety też… Ledwo się człowiek wyciągnął z jednego przeziębienia, po co zarabiać na drugie.

Dziś jestem w pełni sił. Słucham muzyki i mógłbym walnąć 100 km rowerem, ale wolę zachować ostrożność. Chorować w czasie gdy liczy się tylko covid to ryzyko. Więc póki co wolę trochę stonować aktywność fizyczną by potem móc ją wznowić bez negatywnych konsekwencji.

Przypominam też, że w tym całym czasie pracowałem i miałem tylko tydzień urlopu. I to bardzo intensywnego, gdzie wszystko było zaplanowane co do godziny. Tam wiem, może życie to cały czas szybkie tempo i dużo się dzieje. Zawsze jednak wychodzę z założenia, że warto bo wspomnień i budowania swojej historii nikt mi nie odbierze.

I tak, takie wyznanie przez wielu może być uznane za gorzkie żale, za chęć wyrzucenia z siebie jak mi źle i nie bójmy się powiedzieć – jak było chujowo. Tymczasem to tylko stwierdzenie faktów, bo teraz jest ok. Ale ten czas był również kolejnym okresem kiedy życie zweryfikowało, kto jest blisko ciebie a kto nie. Także lista zablokowanych-ewaporowanych wzrosła.

Te miesiące walki do powrotu do normalności odsłoniły kolejny jak się okazuje temat tabu. A ten łączy się bezpośrednio z tym co ująłem na początku tego tekstu. Otóż życie zsyła nam na drogę różnych ludzi. Poznajemy się najczęściej przez przedstawienie swoich historii.

Tak wiem, że ja ogólnie bardzo dużo mówię, jednak potrafię także dobrze słuchać. I zawsze gdy ktoś przedstawia mi swoją historię życia, słucham, choć nie biorę tego do siebie i nie jestem lekiem na całe zło. Jednak słucham i dzięki temu poznaję daną osobę. Sam staram się zachować zdrowy dystans.

Ostatnio byłem w ciężkim szoku gdy totalnie przypadkiem, ciągiem przyczynowo-skutkowym napomknąłem, że w tym roku spotkało mnie sporo nieprzyjemnych spraw. W odpowiedzi dostałem jak dyszlem po mordzie, że jak ja w ogóle mogę mówić tak o sobie skoro „To mnie w życiu spotkało tyle złego”. Otworzyłem oczy i stwierdziłem, że ludzie są strasznie zapatrzeni w siebie i widzą tylko swoje cierpienia a jak ktoś tylko wspomni że mu ciężko (było), to niech spierdala bo to jest w ogóle nie istotne.

Luz, ta osoba już nie jest kimś z kim mogę prowadzić dialog. Znajomość z nią jednak uświadomiła mi, że często jesteśmy wykorzystywani do bycia taką chusteczką w którą można wytrzeć swoje cierpienia by móc iść dalej. Ale pod żadnym pozorem nie można wspominać o swoich negatywnych przejściach bo…..huj mogłeś przeżyć.

Podsumowując to wszystko mogę śmiało stwierdzić, że obcując z ludźmi coraz mocniej hartuje się moja świadomość. Ludzie sami uczą mnie by mieć ich w dupie, unikać a kiedy się nie da ripostować i pokazywać gdzie jest ich miejsce.

Kiedy wiesz jak ciężko pracujesz, jak trudno jest wygospodarować wolny czas i się nim cieszyć, tym bardziej trzeba usuwać ze swojej drogi tych, co nie chcą by uśmiech gościł na twojej twarzy.

Z uporem maniaka jednak uważam że wolność polega na tym by mówić, myśleć i robić wszystko tak jak się chce byle nie krzywdzić przy tym innych.

Moje sumienie jest czyste a ja mogę pokazać wielkiego fucka wszystkim tym co w tym trudnym czasie wchodzili mi w drogę i chcieli by było mi jeszcze gorzej. Nie udało się. I co lepsze, wiele z tych osób dziś nie ma za wesoło a ja w dłoni dzierżę berło zwycięzcy.

Płonie ono żywym ogniem, bo bez niczyjej pomocy, bez wsparcia i dobrego słowa, przeszedłem wszystko co mnie spotkało i dziś mogę powiedzieć – na pohybel tym co wręcz składali modły by ta chwila nie nastała.

Świat stał się bardzo pojebanym miejscem. Ja wyznaję zasadę, że umysł sam się obroni. Ale jego skorupę trzeba bronić tym, by ktoś kto go nie posiada nie wpadł na pomysł by twoja ścieżka zeszła w mrok.

I co ważne, mam wywalone na to, że w tekście mogą pojawić się literówki, błędy stylistyczne. Ja zawsze piszę z wnętrza a nie ze słownika. A poza tym, zanim coś opublikuję, sprawdzam to wielokrotnie i odsłuchuję syntezatorem mowy. Więc jak ktoś będzie na siłę szukał błędów, to niech to sobie przeczyta to jeszcze raz – na głos.

A czym jest wspomniana wyżej ewaporacja? Każdy kto czytał książkę Rok 1984 Georga Orwella wie doskonale. Ale dla tych co nie wiedzą podaję definicję:

Ewaporacja – jeden ze sposobów wymierzania kary w powieści ” Rok 1984 ” Orwella. Ewaporacja była czymś gorszym niż kara śmierci, ponieważ oprócz egzekucji ofiara była też wymazywana z historii. Wszystkie wzmianki o osobie ewaporowanej były niszczone lub zmieniane, a mówienie o niej było karane również ewaporacją. Wśród członków Partii ewaporacja była najczęstszą karą. Osoby nienależące do partii były karane śmiercią lub zesłaniem do kolonii karnej.

Orwell skorzystał z terminu „ewaporacja”, w biologii oznaczającego parowanie wody z powierzchni roślin albo terenu.