Luxtorpeda – Anno Domini MMXX. Recenzja

with Brak komentarzy

MMXX 300W końcu pojawił się nowy album zespołu Luxtorpeda – Anno Domini MMXX. Fani na nowy krążek musieli czekać dokładnie 4 lata, 5 mięsięcy i 30 dni.

 

Samo pojawienie się albumu to miła niespodzianka, bo w obecnym, trudnym czasie nowe wydawnictwa nie są czymś normalnym i oczywistym. A Luxtorpeda postanowiła pokazać, że można i wyszło to wyśmienicie.

Pomińmy więc to, że jest pandemia, może poza wyjątkiem, że na albumie pojawił się utwór, traktujący o tym zjawisku – Na Czworakach! Więc gdy skupimy się na samym krążku to słychać, że warto było czekać na nowy album z wielu względów.

 

Zazwyczaj jest tak, że zespoły nagrywają płyty za płytami i w końcu dochodzą do momentu, gdzie często nie wiadomo co dalej. Rozjeżdżają się ideologicznie, stylistycznie, część materiału staje się wtórna i powtarzalna i na koniec oklepana.

 

 

 

W przypadku Anno Domini MMXX nie ma mowy o czymś takim. Przede wszystkim dlatego, że Luxtorpeda to zespół w pełni świadomy tego, co robi. W pewnym momencie było pewne, że zespół zrobi sobie przerwę. Poprzednie udane albumy mogły bowiem dać poczucie, że kolejna płyta idąca za ciosem, nie będzie w pełni tak wartościowa jak powinna. Dlatego to było bardzo mądre zagranie by poczekać.

I czekać było warto, bo słuchając tego albumu po raz enty, nie mogę nie odnieść wrażenia, że każdy dźwięk na albumie, każde słowo w tekście jest przemyślane i ma swoją siłę. A co najciekawsze, kiedy Luxtorpeda poczuła, że jest gotowa na ten album, nie zważała na okoliczności i zrealizowała nagrania.

 

To co uderza słuchając Anno Domini MMXX to surowość i świeżość. I mówię tu konkretnie o tym, że brzmienie tej płyty choć rozwojowe, brzmi jak pierwsza płyta. Każdy dźwięk to jak garażowe granie, zrealizowane w nowoczesnym studio, gdzie zadbano by brzmiało to dobrze, przy zachowaniu naturalności dźwięków.

Tak więc gitary, perkusja i wokale są zarejestrowane na 100% szczerości. A w takich przypadkach nie ma miejsca na błędy, na korekcję, na przygładzanie. Jest surowo i szczerze. To chyba właśnie są synonimy które definiują Luxtorpedę od początku jej istnienia. I tym bardziej chce się wracać do tej płyty jak i każdej innej, kiedy czuje się naturalnie, że tu nie ma drogi na skróty.

 

 

A o jakości tej muzyki świadczy również fakt, że w zespole grają muzycy profesjonalni, którzy wkładają całe serce i wiarę w muzykę którą tworzą. W przekaz jaki chcą oddać słuchaczom. To brzmi jak pewien egzamin, który zespół sam sobie robi. Chcąc by było to dla słuchacza radością odbioru, przyjemnością odkrywania co raz to nowych dźwięków i budowania szacunku przez to, że jest to włożona praca w materiał na 100%.

Czuć też wyraźnie, że równie wiele pracy włożono w muzykę i w teksty. Każdy utwór ma swoje znaczenie i niezależnie czy to szybka, wesoła piosenka czy poważna ballada, wszędzie jest przekaz. A wiadomo, że najlepiej smakuje sztuka, która skłania do refleksji i przemyśleń. Dlatego sam osobiście często wracam do tego albumu by utożsamiać się z tymi tekstami.

 

 

Nie jest bowiem tajemnicą, że gdy twórczość artystyczna trafia na moment życia, kiedy człowiek czuje że to jest właśnie o nim. Bądź będąc bardziej szczery, artysta swoim przekazem, uzewnętrznia to co człowiek kryje w sobie głęboko, mocniej dostrzega się kunszt tej twórczości.

Na Anno Domini MMXX występuje nie tylko sam zespół ale także goście. Deep z 52 Dębiec pewnie nikogo nie dziwi, bo już brał udział we wcześniejszych płytach. Natomiast wielu słuchaczy z miłym zaskoczeniem odkryje na albumie obecność Piotra Fronczewskiego i Joszko Brody. To wszystko do znalezienia na płycie.

 

 

Płyta Anno Domini MMXX to dla mnie osobiście bardzo ważna płyta. Pojawiła się w czasie kiedy była bardzo potrzebna, chociaż sam o tym nie wiedziałem. Kiedy odkrywałem ją, zdawałem sobie co chwila sprawę jak mocno muzycy mnie rozumieją. Krążek ten dawał i dalej daje mi otuchę, zwłaszcza w momentach trudnych. I okazuje się że nie jest trudno, kiedy spojrzy się z perspektywy właśnie tej muzyki.

W dodatku Luxtorpeda tym albumem udowodniła pewną rzecz, którą ja także stosuję w obecnym czasie. O co chodzi? Dostaję głosy od niektórych znajomych, że moje życie toczy się tak jakby nie było żadnej pandemii, lockdownów, ograniczeń. I chociaż życie nie jest takie jak kiedyś, to szukam i wdrażam w życie każdej metody by odnaleźć się w tym co otacza każdego z nas. Luxtorpeda postąpiła tak samo i w momencie kiedy każdemu brakuje nowych wydawnictw muzycznych, koncertów, wydaje płytę a nawet robi koncert w Okolitzzy.

 

Na uwagę zwraca też bardzo ciekawy koncept okładki. Ciekawych odsyłam do fanpage zespołu jak powstała.

W tym albumie zgadza się wszystko. Wszystko co jest Luxtorpedą. Brzmienie, kompozycje, teksty, przekaz, moc i siła oraz ilość pracy włożonej w to by słuchacz nawet po wielu latach mógł powiedzieć, że to dla niego bardzo ważny album.

To iskra motywacji dla tego, że kiedyś znów będzie normalnie i pięknie jak wcześniej. A pięknie jest kiedy słucha się tego albumu i jeszcze piękniej kiedy się włącza go od początku. I tak tworzy się cudowne zamknięte koło.

 

 

Premiera – 1 październik 2020

Robert „Litza” Friedrich – gitara, śpiew, produkcja
Przemysław „Hans” Frencel – śpiew, rap
Robert „Drężmak” Drężek – gitara
Krzysztof „Kmieta” Kmiecik – gitara basowa
Tomasz „Krzyżyk” Krzyżaniak – perkusja

Alan Silverman – mastering
Michał Wasyl – produkcja, miksowanie
Joszko Broda – dudy (utwór ,,Hołd”)

1. PROGRES NIE PROBLEM
2. INSTRUMENTALNIE
3. BONĘDZA CITY
4. EKOPLAN
5. CEL
6. HOŁD
7. NA CZWORAKACH
8. KOD GENETYCZNY DDA
9. MATARAPATYTAPARATAM
10. OPTY PESY
11. LIST
12. SĘK

Leave a Reply