Love And Death – Perfectly Preserved. Recenzja

with Brak komentarzy

Love And Death powracają z nową płytą Perfectly Preservet i pokazują, że nie ma żadnych przeszkód by w tych trudnych czasach pracować i tworzyć dobrą muzykę.

 

 

Może to trochę sztampowy tekst, który pojawia się moich recenzjach odkąd pojawiła się plandemia, ale naprawdę bardzo szanuję każdy zespół, który w okresie ostatniego roku nie schował się w kąt i tworzy dalej, nagrywa, wydaje nowe albumy i jedynie nie koncertuje, bo jest to obecnie niemożliwe.

Perfectly Preserved to drugi longplay Love And Death wydany ponad 8 lat od debiutu Between Here & Lost. Możliwe że to właśnie niewidzialny wróg z Chin sprawił, że zespół zabrał się za nagrywanie bo odkąd Brian Head Welch powrócił do macierzystej formacji Korn, nie było za bardzo czasu na projekty poboczne. Przypomnę, że sam Head nie tylko udziela się w Korn i Love And Death ale także prowadzi, wszędzie gdzie jest to możliwe, szeroko zakrojoną misję ewangelizacyjną na przykładzie swojego nawrócenia i odnowy.

 

 

Tak więc zespół wykorzystał pięknie sytuację i udał się do studia gdzie zarejestrował materiał na nowy krążek. I tak w czasie wielkiej posuchy możemy cieszyć się nowym krążkiem o którym krążyły plotki, że będzie niedostępny fizycznie w Polsce. A jak się okazuje, to nie prawda że można go odsłuchać tylko w streamingu, bo osobiście jestem żywym przykładem, że fizyczny album w Polsce można kupić bez żadnego problemu. Co prawda cena trochę zaporowa, ale jak jest się fanem to nie ma przeszkód by móc muzyki jednego z ulubionych zespołów słuchać z fizycznego krążka.

Czy nowy materiał to coś odkrywczego i kamień milowy w historii metalu? Z pewnością nie, natomiast słuchając tego krążka nie da się ukryć, że po raz kolejny mamy dowód na to kto jest ojcem chrzestnym nurtu nowej fali metalu wywodzącej się z Bakersfield. O ile muzyka Korn kroczy ścieżkami dość zawiłymi, gdzie zespół musi chcąc nie chcąc, zmieścić się w przestrzeni pomiędzy byciem sobą a tym czego oczekują od nich wszystkie możliwe organizacje menagerów i specjalistów od sprzedaży. Tak Love And Death pozwala Head-owi na pełną swobodę tworzenia i tutaj słychać to pięknie i finezyjnie.

 

 

Wielkim darem od losu stało się to, że na życiowej drodze Brian’a pojawił się Gary „JR” Bareis, bo ten czuje podobne flow i wtóruje mu w tej odpowiedniej ścieżce. Czego dowodem jest całokształt tej płyty. I obecnie mam wrażenie, że Love And Death stało się prawdziwym zespołem gdzie role rozkładają się odpowiednio. Tak jak w System Of A Down w pewnym momencie pierwsze skrzypce przejął Daron Malakian udzielając się wokalnie a nawet nagrywając partie basowe na ostatnie dwa krążki. Tak tutaj JR ma więcej do powiedzenia. Więcej wokaliz, więcej komponowania i programowania całości, tak jak mówi książeczka dołączona do płyty. Wikipedia jest bardziej odważna i twierdzi, że JR do 2020 roku udzielał się również na basie.

Tak więc Head i JR to trzon Love And Death, a reszta składu to już zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Michael Valentine (Bass) i Dan Johnson (drums) opuścili zespół na przełomie lat 2016-2017. W ich miejsce zespół uzupełnili Jasen Rauch (bass) i Isaiah Perez (drums) a jak pokazał koncert premierowy online, swoją cegiełkę ma w zespole także Keith Wallen zarówno na wokalu jak i gitarze. To właśnie on często zastępuje Head’a w niektórych partiach.

 

 

 

I co ważne Head chętnie swoje partie oddaje, ale nie dlatego, że jest zmęczonym życiem artystą, któremu się nie chce ale odpowiedzialnym muzykiem, który chce by to młodsi grali pierwsze skrzypce i dać im szanse by zostali zauważeni. Zresztą cały koncert był bardzo ciekawie zagrany bo każdy miał w nim swoją rolę i laikowi ciężko było by się zorientować kto tak naprawdę jest liderem zespołu. Tutaj wielki szacunek dla Brian’a w jaką stronę idzie jeśli chodzi o swoją twórczość i działanie w zespole.

Trzeba też wspomnieć że na krążku wśród gości oprócz Wallena jako goście specjalni wymienieni są Lacey Sturm (była wokalistka Flyleaf) w coverze Justina Bibera – Let Me Love You, oraz Ryan Hayes w utworze White Flag.

 

 

 

Zawartość krążka to 10 kompozycji będących esencją tego czego oczekujemy od Love And Death i osoby Brian’a Head’a Welch’a. Podczas gdy wiele zespołów bezskutecznie kopiuje styl gitarzysty Korn, ten sam go rozwija i pokazuje że w tej kategorii jest jeszcze wiele do powiedzenia.

Kompozycje są mocne, zwarte, często z potężnym odbiciem czy masakrującym galopem riffu, który kiedy wydaje się, że nie może być mocniejszy, nagle staje się zwielokrotniony. Do tego potężnym riffom i motywom muzycznym towarzyszą melodie. A jak wiadomo to duet idealny, kiedy na ciężki, masakrujący riff dodamy melodie i wrzeszczące dodatki. W zasadzie z takich elementów składa się cała płyta.

 

 

O ile nie da się odczuć jak dorosłość kształtuje JR i sprawia że coraz lepiej odnajduje się jako muzyk w jednym z najbardziej obecnie rozpoznawalnych zespołów świata, tak wypada zauważyć że Head również dojrzał wokalnie. Krzyk i growling nie są już dla niego problemem i tak jak kiedyś pisał, że wokalizy dopiero próbuje, tak tu jest bardzo znaczącym graczem. Aby się o tym przekonać wystarczy wejść na YT i zobaczyć koncerty na których Korn gra utwór Lies, po tym jak Brian wrócił do składu.

Tak więc ten wokal, styl muzyczny i doświadczenie w parze z motywacją nowych muzyków, sprawiają, że nic na tym albumie nie jest dziełem przypadku. Tak samo jak brzmienie które chociaż nagrywane na 6 strunowych gitarach, są nie do podrobienia i z daleka słychać kto to gra.

 

 

Możliwe że jedyną wadą albumu jest to, że chociaż mamy tu 10 utworów to całość zamyka się w 35 minutach i 35 sekudnach. Niedosyt? Otóż nie. Lepiej mieć zamknięte dzieło w takim czasie, niż liczyć na dłuższy longplay w którym coś by nie pasowało.

Perfectly Preserved to album który chociaż nie jest kamieniem milowym, to jednak ma w sobie moc która sprawia, że chce się go słuchać na okrągło. Płyta, która pokazuje, że w tych czasach są tacy co się nie boją i nagrywają. I robią to tak, że wielu przez lata nie będzie w stanie tego doścignąć. Zespół Love And Death z liderem w osobie Brian’a Head’a Welch’a po raz kolejny pokazuje, że wie jak robi się dobrą muzykę i uczy innych jak powinno się to robić.

 

Jednych zachwyci, inni posłuchają raz i zapomną, jeszcze inni stwierdzą że średnie. Jednak każdy zapamięta że 2021 roku pojawił się album, który pokazał, że nie ma czegoś takiego jak zły czas na wydawanie płyt. I tego się trzymajmy.

 

Premiera: 12 luty 2021 – USA
20 luty 2012 – Europa

 

1. Infamy 1:54
2. Tragedy 3:38
3. Down 4:024. Let Me Love You (feat. Lacey Strum) 3:54
5. Death Of Us 3:53
6. Slow Fire 3:31
7. The Hunter (feat. Keith Wallen) 3:40
8. Lo Lamento 3:50
9. Affliction 3:18
10. White Flag (feat. Ryan Hayes) 3:56

 

Brian Head Welch – vocals and guitar
Gary Jr Bareis – guitar, vocals and programming
Jasem Rauch – guitar, bass and programming
Joe Rickard – programming
Keith Wallen – programming, additional vocals
IsaIah Perez – drums
Tom Hane – programming

Special Guests:
Lacey Sturm – vocal in Let Me Love You
Keith Wallen – The Hunter
Ryan Hayes – White Flag

 

producent – Jasen Rauch
Jannea Welch – Slow Fire Intro