Korn – The Serenity Of Suffering. Recenzja

with Jeden komentarz
Korn - The Serenity Of Suffering
Korn – The Serenity Of Suffering

Tak kiedyś obiecałem i słowa dotrzymuję. A facet jak coś obieca, to nie trzeba mu przypominać co pół roku, w końcu to zrobi. Tak więc, korzystając z urlopu w końcu nadszedł czas by spokojnie usiąść i zrecenzować ostatnią płytę Korn-a, zatytułowaną The Serenity Of Suffering.

Dwunasty album studyjny zespołu z Bakersfield, wydany 21 października 2016 roku, czyli zaraz stuknie mu już rok! Czas szybko leci a ja mam jakże komfortową sytuację. Wszystkie klipy do singli się już ukazały, byłem na dwóch koncertach, na których mogłem usłyszeć numery z tej płyty na żywo. Tak więc mogę bardzo kompetentnie wypowiedzieć się na temat The Serenity Of Suffering.

 

Zanim przejdę do omawiania zawartości krążka (w wersji deluxe oczywiście), zacznę od wstępu, w którym przedstawię kwestie formalne i sytuacyjne. Pierwsza sprawa to klip do singla Rotting In Vein, który ukazał się 22 lipca 2016 roku. Jonathan Davis nie raz powtarzał, że koncepty na klipy dawno się już wyczerpały i w zasadzie nie ma już oryginalnego pomysłu na dobry teledysk. Paradoksalnie Korn nadal eksperymentuje z lepszym lub gorszym skutkiem i robi naprawdę oryginalne video.

Tym razem mamy do czynienia z obrazkiem ponurego domu w którym dzieją się różne dziwne, mroczne rzeczy. Niby koncept trochę oklepany, a jednak Korn zrobił z tego coś świeżego i nietuzinkowego. Najbardziej w teledysku rzucają się w oczy dwie postacie. Mianowicie Head, który po powrocie do kapeli wprost emanuje świeżością i pozytywną energią. Oraz Fieldy, który ewidentnie zdradza swoją postawą, że już wtedy coś go trapiło, co później bardzo wyraźnie dało się odczuć na koncercie w Warszawie.

 

 

 

Później Antyradio zaprosiło do swojego studia fanów, na przedpremierowy odsłuch albumu. I tutaj prztyczek w nos dla tej największej rockowej rozgłośni. Albo jeszcze nie zauważyliście przez ponad 12 lat, że w sieci wśród wielu oddanych fanów jestem ja, albo ktoś celowo zniechęcił Was by się ze mną nie skontaktować. Tak czy inaczej skrzynka wiadomości była pod tym kątem pusta. Możliwe też, że Antyradio wystraszyło się, że powiem kilka słów, które mogą być sprzeczne ze zdaniem większości osób, zachwyconych odsłuchaniem The Serenity Of Suffering.

I tym sposobem przechodzimy do zawartości krążka, który katowałem niemiłosiernie w różnych odstępach czasowych. I już na wstępie moje zdanie jest takie samo jak w przypadku The Paradigm Shift. Mianowicie pomysły na utwory są genialne, fenomenalne wręcz, ale produkcja i mastering leży i kwiczy. A swoje zadnie każdemu kto śmie wmówić mi, że się mylę utwierdzam tym, że słyszałem te kawałki na żywo i na koncertach brzmią bardzo gęsto. Na płycie niestety jest płasko i sucho!

 

Krzywdzę moją ukochaną kapelę? Przeciwnie, wystawiam rachunek sumienia za zbyt bezkompromisowe pójście w trendy dwudziestego pierwszego wieku. Nadal ostatnią najlepiej brzmiącą płytą w dorobku Korn-a jest Take A Look In The Mirror, gdzie gitary i bas wyrywały membrany z głośników, przestawiały układ narządów w organizmie i brutalnie kopały tyłek. Tutaj mimo artystycznego poświęcenia, słucha się tego jakby ten kto wręczył materiał do tłoczni, zoptymalizował wszystkie dźwięki do poziomu super bezpiecznego. Ale nie o to w metalu chodzi, to ma bombardować, torturować, dać ujście emocjom i nie dawać spokoju od pierwszego do ostatniego dźwięku. A wrażenie jest takie, że ktoś tak pięknie spierdolił w masteringu tak zajebisty materiał. Produkcyjnie po raz kolejny klapa!

I nie jest to wina zespołu, bo już od dawna wiadomo, że muzycy mogą wypruć żyły i dać z siebie więcej niż nawet przy nagrywaniu debiutu, a ten kto otrzymuje ścieżki z surowym materiałem, robi co może by materiał mógł pójść nawet w bardzo komercyjnym radio. Tak by przypadkiem babcia, która przypadkiem przechodząc obok pokoju wnuczka, który słucha tej płyty, nie powiedziała „wyłącz tych satanistów”. O ile na poprzednim krążku zrozumiałym było, że materiał będzie sprofanowany przez Dona Gilmore’a (pierwsze płyty Linkin Park), i będzie to płaskie na tyle by podobało się plastikowym fanom LP, tak Nick Rakulinecz i Josh Wilbur popełnili niewybaczalny błąd.

 

 

Błąd który zostanie im zapamiętany na zawsze, bo materiał na The Serenity of Suffering jest po prostu świetny. Zespół w końcu przypomniał sobie co to jest Nu-Metal i z niewielką domieszką doświadczeń materiału po TALITM zrobił kawał porządnej muzyki. Już taki Black Is The Soul to przepotężny kawałek rasowego metalu. Gdyby podkręcić częstotliwości i nie znormalizować dźwięków do minimum, spokojnie można by pomylić ten utwór z twórczością Korn-a sprzed 2005 roku. Tak samo kolejny The Hating z po prostu miażdżącą końcówką, gdzie Fieldy swoją partią stukającego basu stwarza istne trzęsienie ziemi. W końcu pozwolono mu na to by mógł się wykazać, co słychać, za każdym uderzeniem dłoni w struny.

Mamy tutaj gościa w osobie Corey’a Taylor’a ze SlipKnoT i Stone Sour. Kolejny świetny pomysł, czyli A Differend World, genialne wykonanie, zgranie w wokalnym duecie. W końcu po latach wspólnej nu metalowej drogi, dwaj najważniejsi frontmani spotkali się w jednym studio i świetnie się nawzajem wokalnie uzupełniają. Sam Corey w swojej partii wokalnej ma zarówno bardzo niskie jak i wysokie rejestry. I brzmiało by to dobrze, gdyby w masteringu nie przygładzono tego do tego stopnia, że brzmi to jak nagrywane mikrofonem z marketu na Audacity! A wystarczyło by posłuchać chociażby IOWA by brać przykład z tego co najlepsze. Szkoda, bo ten numer to historyczny przełom w historii zarówno Korn-a jak i SlipKnoT-a.

 

 

Kiedy słucham The Serenity Of Suffering i oglądam okładkę oraz obrazki, którymi zespół oprawił wszystkie nie singlowe utwory na kanale YouTube, nie mogę nie odnieść wrażenia że Korn przy tym albumie inspirował się pewną płytą z odległej przeszłości. I nie chodzi tu o album z własnego dorobku. Nawet oficjalny teledysk do A Differeng World nosi nawiązania do albumu Misplaced Childhood zespołu Marillion. Szczęśliwie posiadam ten album i przesłuchałem go dziesiątki razy. Wiele razy odczułem, że nowy album Korn-a ociera się zarówno muzycznie jak i wizualnie do tego krążka. Może to dlatego zamiast grzmiących gitar i nawałnicy ciężkiego basu, producent zdecydował się tak wygładzić brzmienie. Nie jest to jednak w znacznej mierze usprawiedliwienie.

Materiał na album, który w swojej budowie kompozytorskiej jest przełomem w historii Korn-a, został niestety sprofanowany. A Korn zrobił naprawdę wielką robotę, biorąc pod uwagę problemy z jakimi boryka się Jonathan Davis (odsyłam do książki Head-a – Z Szeroko Otwartymi Oczami i wywiadów z czasów The Paradigm Shift) i utrapienia Fieldy’ego, to kompozycje są po prostu świetne. Dawno nie było tak energetycznego i ciężkiego Korn-a!

Ray Luzier doskonale odnalazł się w zespole i dziś mało kto już skomli by David Silveria wrócił na swoje miejsce w szeregu. Munky wraz z Head-em znowu czują wspólne flow, co dobrze wpływa na kompozycje. Zespół doskonale wiedział w jakim kierunku pójdzie, wchodząc do studia. Nawet gdybym chciał czepiać się kompozycji to tym razem nie mam czego. Korn udowodnił, że potrafi komponować i robić dobre utwory, choć wielu krytyków nu metalu, a są tacy po dziś dzień, twierdzi, że to już wyczerpana formuła gatunkowa.

Faktem jest, że Jonathan więcej śpiewa niż zrywa gardło, ale czy to źle? To człowiek, który swoje nawrzeszczał się na innych albumach i teraz mógł wykazać się melodiach, które są momentami okraszone takim wrzaskiem, że słuchacz odnosi wrażenie, że zaraz wypluje gardło!

 

 

 

Polecam też posłuchać bonusowych utworów z wersji Deluxe, czyli Baby i Calling Me Too Soon. Tutaj jest to co w The Serenity Of Suffering najlepsze! Dlatego warto się w tę wersję krążka zaopatrzyć!

Teraz kiedy jestem po dwóch koncertach Korn-a i znam częściowo materiał z tej płyty na żywo, oraz przesłuchałem ten album naprawdę wiele razy mogę powiedzieć na koniec tyle….Kompozytorsko genialnie! Korn obudził się z marazmu, stworzył coś co śmiało można polecić każdemu kto kompletnie zwątpił czy zespół jeszcze nagra coś dobrego. Ten krążek udowadnia, że kapela z Bakersfield to prawdziwi artyści z krwi i kości.

Produkcyjnie natomiast album leży. Wygładzone brzmienie gitar, spłaszczony bas a stopa perkusyjna schowana tak, że subwoofer nie ma za dużo do roboty. I to jest największy ból, bo powtórzę, że to nie wina zespołu a ludzi, którzy boją się, że jak w drugiej dekadzie XXI wieku, jakiś młody człowiek usłyszy wyższe rejestry, to się potnie albo skoczy z wieżowca.

 

Zastanówmy się więc gdzie upada ta cała idea metalu. Czy robimy to dla wszystkich czy dla określonego odbiorcy? Czy producenci zespołów wielkiego formatu mają jaja związane sznurkiem od prania, albo czy w ogóle te jaja mają? Gdyby pozwolić gitarom brzmieć tak jak kiedyś, podobnie jak partiom basu i perkusji, to mielibyśmy dosłownie kamień milowy nie tylko w historii Korn-a ale także metalu w ogóle. A tak to Panowie a garniturkach znowu pokazali, że liczy się to, że ma się dobrze wszędzie sprzedać. Mimo wszystko wolę numery z tej płyty na żywo, bo tam Korn nie idzie na kompromisy i po prost miażdży!

O przyszłość zespołu jestem spokojny, bo The Serenity Of Suferring to dowód, że jeśli czuje się radość z komponowania, to można stworzyć rzeczy wielkie. Więc następny krążek powinien być równie dobry. Mam nadzieję, że zespół jednak weźmie sprawy w swoje ręce i zrobi płytę tak, że najstarsi fani będą mieć ciarki na całym ciele jakby na nowo odkryli debiut!

 

Premiera: 21 października 2016

Trakclista:
01. Insane 3:50
02. Rotting In Vain 3:33
03. Black Is The Soul 4:01
04. The Hating 4:23
05. A Different World (feat. Corey Taylor) 3:21
06. Take Me 3:00
07. Everything Falls Apart 4:17
08. Die Yet Another Night 4:29
09. When You’re Not There 3:25
10. Next In Line 3:28
11. Please Come For Me 2:54
Utwory bonusowe w wersji deluxe:
12. Baby 4:56
13. Calling Me Too Soon 3:23

Jonathan 'HIV’ Davis – wokal
Brian 'Head’ Welch – gitara
James 'Munky’ Shaffer – gitara
Reginald 'Fieldy’ Arvizu – bass
Ray Luzier – perkusja

Corey Taylor – wokal (gościnnie)
Zac Baird – instrumenty klawiszowe

Producent – Nick Raskulinecz
Miks i mastering – Josh Wilbur