Korn – The Nothing. Recenzja

with Brak komentarzy

Dziś 13 września czyli dzień premiery trzynastej w dorobku zespołu Korn płyty The Nothing. A to że recenzja pojawia się dziś nie jest kwestią tego, że album dotarł do mnie, zakupiony już dawno w pre-orderze.

 

 

Recenzję mogę pisać na już dziś bo zespół Korn kolejny raz spotkał wyciek i materiał z The Nothing znam już od 2 września i codziennie katowałem go niemiłosiernie by móc w dniu premiery mieć o nim mniej więcej wyraziste zdanie.

Co prawda kilka singli ukazało się po drodze i przedstawiły one pewne światło na zawartość krążka, jednak nie oddają go całkowicie, gdyż The Nothing jest jednocześnie spójna i zróżnicowana.

 

Co do samego wycieku, to Korn ma prawdziwego pecha. Gdyby nie wyciekła do sieci Untouchables Promo, to od 2002 roku na półkach stała by prawilna płyta bez cięć, które pozbawiły słuchaczy małych smaczków, znanych dziś tylko przez koneserów. Podobny los spotkał min, Untitled, tylko, że tam nie było cięć. Ot po prostu ktoś zajumał z kontenera na statku płytę co miała dotrzeć do europy i wpuścił do sieci torrent.

Jednak czy dziś wyciek to coś strasznego? Przecież i tak miliony ludzi odsłucha to w serwisach streamingowych za darmoszkę, znosząc fakt, że będą reklamy i obcięta jakość. A jak znam życie to na YouTube i tak sam zespół wrzuci materiał w całości by móc przekonać go niego niezdecydowanych, by wpierw zachęcić i do przyjścia na koncerty a dopiero potem do zakupu krążka.

 

Ja i tak album zakupiłem więc będę cieszył się pięknymi częstotliwościami i nadzieją, że kiedyś na tym krążku będą autografy. A tymczasem sama muzyka już sprawia wiele radości.

Tak bowiem proszę Państwa, pierwszy raz od lat mogę napisać, że to naprawdę dobry album. Nie pozbawiony mankamentów, ale w końcu dobry na tyle by nie mieć niesmaku w postaci gorzkiej pigułki, że znów zabrakło tego czegoś. Co to to nie!

 

 

 

O pierwszym singlu You’ll Never Find Me pisałem już TUTAJ i zasadniczo wyraziłem o nim swoje zdanie. Ale ten kawałek to dopiero trzeci numer na płycie, więc należy cofnąć się do samego początku by zacząć odkrywać to co daje nam zespół Korn na rok 2019. A tutaj…..

 

The End Begins i ….DUDY! Pierwszy raz od czasów Untitled, czyli naprawdę mamy powrót do korzeni. Wspaniała sprawa tym bardziej, że płacz i lament Davisa nie jest udawany.

I będzie się jeszcze na krążku kilka razy pojawiał, razem z gniewem, totalnym wkurwem i bezsilnością. I tym razem Jonathan nie potrzebował ani dragów, ani alkoholu, ani mobbingu ze strony producenta. To co słychać w jego głosie to autentyczny żal z tęsknoty za zmarłą żoną. Ok może Daven nie była łatwą w obsłudze kobietą, ale Jon naprawdę ją kochał, wspierał i wierzył, że kiedyś wyjdzie z nałogów i naprostuje się do normalnej relacji.

 

Tak się nie stało a Davis do dziś nie może się pogodzić z jej odejściem i sam obwinia się że zawiódł. A jak wiadomo, ciężkie chwile to dla artysty największa płodność, więc ten dał upust swojemu gniewowi po raz kolejny na albumie swojej macierzystej kapeli.

Potem mamy Cold który przypomina swoją budową dokonania z TPS (The Paradigm Shift) i TSOS (The Serenity Of Suffering), ale tutaj szczęśliwie mamy powrót do tego, że Davis znów zrywa gardło i drze się z pełną perswazją pomiędzy melodyjnymi zwrotkami. No i Kyrie Lejson – bas znów stuka. Może nie tak mięsiście jak kiedyś ale stuka i jak widać pozwolono Fieldy’emu na więcej niż ostatnio.

Zresztą już sam Cold potwierdza to co powiedział Ray Luzier w jednym z wywiadów sprzed roku, że wierzy iż chłopaków stać na coś jeszcze mocniejszego i cięższego. I faktycznie tutaj to czuć, że coś się w Korn odblokowało i znów jest ten zryw i chęć na ciężar i mrok….

 

 

The Darknes Is Revealing przypomina Rotting In Vein, brzmienie, riff, śpiew z tą różnicą, że jak powtórzę, tutaj bass stuka. A w drugiej części utworu mamy piękną bujankę z przeplatanką wokalną. Korn znów płynie i daje się unosić. A to wszystko w swoistym ciężarze jaki dawno nie był w zespole wyczuwalny.

Indiosynarsy bardzo mnie zaskoczył i już myślałem, że to nowa ścieżka, nowy sposób na budowanie riffów i taki swoisty wyznacznik ścieżki w którą chciałbym by nowy Korn się skierował, jednak po kilku przesłuchaniach zauważyłem, że ten riff choć genialny i okraszony piękną aranżacją to jednak trochę szybsza wersja Pop A Pill z Korn III – Remember Who You Are. Ale to bardzo dobrze, gdyż tam, choć bez Head-a, to ostatni raz mogliśmy usłyszeć to co było prawdziwą naturą zespołu. Tutaj mamy do tego ten krzyk z czeluści gardzieli Davisa, a to już krok do przodu. A sama końcówka to jest właśnie to w czym widziałbym nową drogę dla zespołu.

 

The Seduction Of Indulgence to już powrót do Issues i taki krótkometrażowy utwór, nie ostatni na albumie. Jak znam życie to zapewne większość dźwięków nagrał sam Davis tak jak na Issues właśnie.

Choć Finally Free zaczyna się niewinnie, melodyjnie i spokojnie, to potem znów mamy wrzask, na ten jeden szczególny moment. Ten utwór to, jeśli dobrze rozumiem tekst, opowieść o tym jak można obserwować kogoś kto sam się wyniszcza, chcieć mu pomóc ale na końcu puszcza się go wolno, gdyż bezsilność jest silniejsza. Czyżby kolejna odnośnia do zmarłej żony?

 

 

 

Can You Hear Me, ostatni z opublikowanych przed premierą oficjalnie singli. Typowo radiowy song, by w radiach można było puścić, słuchacz nie dostał palpitacji a i wierni fani się nie odwrócili.

The Ringmaster wręcz uderza ciężarem riffu i stukaniem bassu. Head, Munky i Fieldy mają co robić i czują się jak ryby w wodzie. Znalazły się tu nawet momenty wariacji wokalnej Davisa znane np. z Got The Life, co oznacza, że wracamy do trzeciej płyty Follow The Leader. Co nie oznacza, że brzmieniowo jest tu tak jak na TPS.

 

Podobnie jak w przypadku Gravity Of Discomfort, ale na szczęście bas uzewnętrznia się i nadaje kolorytu melodii. Całość ratuje ciężki koniec, który jest dla tego kawałka piękną kropką nad i.

H@rd3r, no cóż przynajmniej wstęp jest bliźniaczo podobny do Paranoid And Aroused a więc nadal mamy ciągłość z TPS. Na szczęście potem jest już tylko lepiej, szybciej i ciężej. A ostatnie kilka sekund tego numeru, to dla mnie iskra, że właśnie na tej bazie chciałbym słyszeć Korn w przyszłości. Bo można, trzeba tylko chcieć się rozkręcić i zerwać wszelkie wodze muzycznej wolności.

This Loss mimo że może wydawać się kolejnym lekkim, melodyjnym i spokojnym numerem dla potrzeb singla radiowego, to dalsze odkrywanie tego numeru ukazuje coś co dawno w Korn-ie nie było spotykane. Połamany, cyrkowy walczyk w którym po raz kolejny Jonathan daje osobiste wyznanie. Może to jak w Trenach Kochanowskiego, że w pewnym momencie człowiek godzi się ze stratą by iść dalej, choć zdaje sobie sprawę, że już nigdy nie będzie szczęśliwy. Bardzo osobisty utwór, w którym Davis jednocześnie chce iść do przodu ale nie może cofnąć przeszłości, która go prześladuje.

 

Surrender to Failure to ostatni numer na płycie. Budową przypomina 4U z Issues, jednak jego przekaz jest silniejszy niż nawet Tearjerker z See You On The Other Side. To taki przykład utworu, gdzie nie ważne co za dźwięki służą jako tło dla głosu. Głosu bo tutaj wokal to za dużo powiedziane. To deklamacja i deklaracja jednocześnie. Wyznanie o tym jak trudno pogodzić się ze stratą i uzewnętrznienie cierpienia do tego stopnia, że na koniec bierze się winę na siebie nawet za to czego się nie popełniło. By na sam koniec wyznać bezsilne – zawiodłem.

 

 

Powyżej omówiłem wszystkie utwory poszczególnie, chociaż i tak to tylko emocje na tę chwilę, kiedy materiał znam od ponad tygodnia. I chyba właśnie to sprawia, że po raz pierwszy od nie wiem kiedy piszę recenzję w dzień premiery, gdyż zawsze dawałem sobie więcej czasu na oswojenie się z albumami mojej ukochanej kapeli.

Co do warstwy lirycznej to jej całkowite odkrywanie jeszcze przede mną, bowiem Jonathan Davis zawsze pisał teksty, które mają drugie dno a nawet trzecie i czwarte. Na tym polega artyzm, że nic nie jest oczywiste i jednoznaczne. Co nie zmienia faktu, że większość tekstów na The Nothing opiewa niedawną śmierć żony wokalisty. Tak jak na Take A Look In The Mirror większość utworów była o problemach w jego małżeństwie, tak tutaj mamy tę szczerą do bólu spowiedź w której czuć, że ludzie będąc razem naprawdę darzą się uczuciem, którego siłę uświadamiają sobie po stracie. Życiowe to choć smutne, że dopiero wtedy…..

 

 

A co do warstwy muzycznej. Tutaj naprawdę muszę pochwalić. Ray Luzier chyba wziął kolegów za fraki i powiedział im kilka słów do rozumu. Korn znów jest tym Korn-em którego chce się słuchać. Tu nie ma muzycznych poszukiwań we mgle, nie ma błądzenia w marazmie nieświadomości siebie. Tu jest konkretnie i solidnie.

Do tego fakt, że Fieldy postawił na swoim i jego bass znów jest potężny i stuka a nawet ma swoje momenty w takiej formie, że klękajcie narody. I perkusja. Chyba znam klucz dlaczego to wszystko jest ok, ale nie wybitne. Silveria często powtarzał, że kiedyś rytmy były bardziej połamane. Tutaj jest ciężko ale tak po prostu jak powinno być. I jest dobrze, ale np. jazdy na talerzach jak z Here To Stay to tutaj nie ma. I by nie było, lubię Ray-a, robi swoje jednak to zawsze będzie inne niż kiedyś.

I naprawdę i riffy się zgadzają i pomysły i energia. I czuć, że to naprawdę Korn, bo od lat takiego albumu nie było. Ciężar i wściekłość biją pomiędzy melodiami. Mamy wiele powrotów do korzeni, które brzmią jakby zespół naprawdę tęsknił za dawnymi czasami, co uwidacznia obecność dudów w intro. Znów wokalne wariacje, znów niesztampowe przejścia i ryk. I to wszystko było by idealne gdyby nie…..

 

….Nick Raskulinecz, który po raz kolejny ceremonialnie i po całej linii spierdolił zespołowi brzmienie. I to on jest najsłabszym ogniwem tej całej płyty. Co z tego, że bass stuka, skoro Nick postarał się by zminimalizowano jego rejestry do minimum. Co z tego, że riffy są genialne, skoro nie pozwolono by zespół mógł brzmieć jak kiedyś, gdy gitary z basem były tak ciężkie i gęste, że wyrywało membrany z głośników. Czemu choć Davis się drze z głębi przepony, brzmi tak czysto i gładko?

To jest kurwa metal i to ma być brudne, ciężkie i gęste. A by Raskulineczce zrobiło się jeszcze bardziej przykro to powiem, że zawsze jak wychodzi nowa płyta Korn to słucham tych pierwszych i wiem, że można zrobić tak by to miało jaja. Nick je Korn-owi ucina.

 

A dlaczego to robi? To proste, koleś wychodzi z założenia, że takie czasy, że młodzież chodząca w rurkach, przyciasnych koszulkach i z włoskami w nieładzie znanym z filmu „sala samobójców”, mogłaby dostać zawału i nie chciała by słuchać tego co kiedyś było serio poważne. Mogli by nie kupić płyty albo gorzej, subskrypcji na spotify czy itunes. A to oni generują największe zyski.

Więc trzeba robić muzykę pod nich. Jednak na szczęście ja nie muszę się z tym zgodzić. Korn zrobił zajebisty materiał, tylko, że w produkcji, te ścieżki totalnie sprofanowano i to po raz kolejny. Bo ja wierzę, że zespół chciałby brzmieć tak jak kiedyś, co udowadnia na koncertach.

Mówi się, że z gówna kakaa się nie ukręci. Tu jest na odwrót. Nick dostał świetny materiał i go sprofanował. A szkoda bo The Nothing to pierwsza od wielu, naprawdę wielu lat, bardzo dobra płyta zespołu Korn, tylko, że brzmieniowo podcięto tu skrzydła przy samych plecach. I przez ten pryzmat ciężko się cieszyć tym, że mamy tutaj powroty nie tylko do korzeni.

 

Premiera – 13 września 2019

01. The End Begins 1:31
02. Cold 3:46
03. You’ll Never Find Me 3:41
04. The Darkness is Revealing 3:40
05. Idiosyncrasy 4:39
06. The Seduction Of Indulgence 1:43
07. Finally Free 3:53
08. Can You Hear Me 2:53
09. The Ringmaster 3:01
10. Gravity Of Discomfort 3:35
11. H@rd3r 4:47
12. This Loss 4:41
13. Surrender To Failure 2:21

Jonathan HIV Davis – vocal, bagipipes

Brian ‚Head’ Welch – guitar

James ‚Munky’ Shaffer – guitar

Reginald ‚Fieldy’ Arvizu – bass

Ray Luzier – drums

Producent – (niestety) Nick Raskulinecz