Korn – Requiem. Recenzja

with Brak komentarzy

Requiem czyli czternasty album w dyskografii zespołu Korn, ukazał się 4 lutego 2022 roku. Pojawił w trudnych czasach, gdy nie tylko muzyczny świat zmaga się z posuchą przez wieczne utrudnienia związane z niewidzialnym wrogiem z Chin.

 

 

W pierwszych zapowiedziach zespół potwierdził, że materiał na płytę powstał w kwietniu 2021. Dawało to nadzieję na solidny krążek, gdyż w tym samym miesiącu odbył się koncert online pod nazwą Monumental. Przyznam szczerze, że oglądałem i słuchałem to wydarzenie z wypiekami na twarzy. Zasadniczo to co tam się wydarzyło zasługiwałoby na osobną recenzję, jednak pozwolę sobie wpleść o tym tutaj parę słów, bo jakby nie patrzeć zazębia się to z czasem, kiedy Korn zwarło szyki i zabrało się do działania.

 

Oczywiście internet jest bezlitosny i to za co fani zapłacili ze swojej kieszeni by móc zobaczyć na żywo, online swoich ulubionych muzyków, teraz bez problemów można obejrzeć w sieci w pirackich streamingach. Oczywiście sam posiadam kopię na swoim komputerze i często wracam do tego koncertu, bo był on naprawdę wyjątkowy. Zespół sam zresztą powtarzał w zapowiedziach, że muszą w końcu zagrać, bo odczuwają niesamowity głód koncertowania. Po za tym brakuje im tego tak samo jak publiczności.

 

Więc w kwietniu Korn zabrał się ostro do roboty, bo sam koncert chociaż online, pokazał, że chłopaki wzięli sobie wszystko na mega poważnie. A ich występ był tak solidny, że odniosłem wrażenie, że to jest ten moment kiedy, gdyby tylko chcieli, mogli by nagrać Untouchables 2. Dobór utworów, wykonanie, aranżacje, precyzja w grze a przede wszystkim wokal Davisa. Wszystko się zgadzało. I dlatego można było ostrzyć sobie ząbki na nowy album.

 

 

11 listopada 2021 ukazał się pierwszy singiel Start The Healing. Jak to z singlami bywa odczucia były mieszane. Z jednej strony single pokazują jak będzie wyglądać ogólny obraz całości na płycie, z drugiej zaś często wypuszcza się na pierwszy ogień coś co i w radiu ze spokojem może polecieć i nie wystraszyć co wrażliwszej części słuchaczy. Ogólnie utwór był dość równy i czuć było klimat ostatnich płyt. Nie można jednak powiedzieć, że było to coś przełomowego. Innymi słowy – dupy nie urywał.

 

W międzyczasie o co warto zaznaczyć Fieldy oświadczył, że musi się na jakiś czas wycofać z Korn, bo jego życie obecnie jest na takim etapie, że musi nad sobą popracować gdyż, wróciły pewne nawyki z przeszłości….Co nie zmienia faktu, że zdążył zarejestrować swoje partie na albumie. Obecnie zastępuje go na scenie Ra Díaz z Suicidal Tendencies.

 

 

13 stycznia 2022 pojawił się kolejny singiel – Forgotten. Ten już nie pozostawił wątpliwości, przynajmniej dla mnie. To kontynuacja linii którą Korn idzie od dłuższego czasu, łagodniejsza niż znamy z początkowej twórczości aranżacja gitarowa, bas schowany gdzieś w tle i wokal bardziej śpiewny i melodyjny. Wyrywania gardła na wierzch tu nie ma.

 

2 luty 2022 czyli dwa dni przed premierą na świat wychodzi ostatni singiel promujący – Lost In Grandeur. No i w końcu zaskoczyło. Bardzo dobre wejście gitarowe i jak się dobrze przysłuchać to i bas stuka gdzieś tam w tle. Czar delikatnie pryska kiedy wchodzi znów śpiew, łagodny i spokojny. Czyli niestety tak jak najczęściej to bywa na ostatnich albumach,. Utwór ratuje przejście które przechodzi do erupcji emocji przed ostatnim refrenem. W końcu jest krzyk, jest klimat, szkoda, że to tylko szczypta ciężaru jak na to co do tej pory zespół odsłonił.

 

Nadszedł dzień premiery i ta radosna świadomość, że żyjemy w czasach kiedy nie muszę lecieć do sklepu by kupić płytę by słuchać jej legalnie i oficjalnie. Tego samego dnia Spotify się wręcz gotował. Odsłuchiwałem ten album na każdym możliwym sprzęcie audio by mieć pewność swoich pierwszych wrażeń. W międzyczasie zamawiając album w formie fizycznej. A kiedy ten przyszedł poczułem znów radość odkrywania, odwijania folii, otwierania pudełka i wkładania krążka do odtwarzacza. I mimo tego, że album odsłuchałem wielokrotnie, przyjemność dozowania muzyki z oryginalnej płyty była taka, jakbym dopiero co odkrywał nowy materiał. Tu muszę zaznaczyć, że najlepszy streaming, najlepsza wstawka mp3 czy nawet FLAC nie zastąpi słuchania muzyki z płyty. Tak wiem FLAC to obraz muzyczny 1 do 1, ale świadomość, że masz kręcący się krążek a nie dane zero jedynkowa, nadaje sytuacji kolorytu.

 

 

Kiedy kończy się album, zaczynam jeszcze raz i jeszcze raz….I tak jak za pierwszym, piątym czy nie wiem już którym razem, także i teraz kiedy pisząc te słowa, słucham Requiem, nie mogę się oprzeć wielu myślom. Przoduje im jednak słowo klucz – niedosyt.

 

Co prawda Korn udowadnia, że stać ich na oryginalne pomysły na coś nowego ale jednocześnie przy zachowaniu swojego stylu. Taki Hopeless And Beaten to chyba mój faworyt na Requiem. Jest ciężar, jest wrzask i jest moc. A podbudowuje go rytmika na trzy. Tu czuć że to utwór metalowy a nie alternatywny. Po za tym Davis ma tu ciekawą zabawę swoim wokalem, którą będzie dodatkowo okraszał gestykulacją na koncertach. I tak to jest utwór który w pełni mnie satysfakcjonuje, bo właśnie czegoś takiego od Korn-a oczekiwałem.

 

 

Podobnie jak My Confession mieszanka tego co łączy ścieżkę jaką zespół obrał w ostatnich latach z próbą wplecenia motywów z dawnych lat. Tu nie ma nudy czy odczucia, że było to robione na siłę. Jest trochę kombinowania, ale to jest właśnie dowód na to, że Head i Munky ciągle szukają przestrzeni by pokazać, że potrafią stworzyć coś nowego i świeżego.

 

No i Worst Is On The Way, czyli najlepsze na koniec. To jest Korn z krwi i kości w tym utworze jest w zasadzie prawie wszystko. Ciężar gitar, nawet bass momentami nad gitarami, wokal ze śpiewem i wrzaskiem a nawet(!) po latach powróciło słynne „um da ba dee”. A co ciekawe po nim przez moment gitara akustyczna. I sama końcówka, sama słodycz darcie mordy, powtórka „um da ba dee” by zwieńczyć to gitarą, która kończy pięknym „dołem” i ….motyw basowy, który przypomina czym był Blind. No do pełni szczęścia zabrakło tylko jakiegoś dodatku zagranego na dudach.

Tak więc nie jest źle. Nie można powiedzieć, że to zły album, że oczekiwania nie zostały pokryte, ale jest niedosyt. Tym bardziej, że czuć iż Korn przyłożył się do tego materiału, korzystając z wolnego czasu, który zafundowała nam wszystkim pandemia.

 

 

Mimo tego niedosytu jest w tym albumie coś co pozwala stwierdzić, że Korn robi dobrą robotę, mianowicie fakt, że po czasie utwory zostają w głowie i chce się do nich wracać. Złapałem się na tym i nie było to odczucie opierające się wyłącznie na intensywnym kontakcie z Requiem. To siła tej muzyki sprawiła, że najlepsze motywy pozostały w głowie.

 

Tak wiem, że jak zwykle po części psioczę, bo jestem fanem starego Korn-a, zespołu który do 2005 roku miażdżył swoim brzmieniem, podejściem do muzyki i był to czas na który przypadały moje lata bycia nastolatkiem. Czas leci, wszyscy się zmieniamy i Korn też. Już dawno wiele się w zespole pozmieniało i obecnie słusznie wielu krytyków zauważa, że chłopaki z Bakersfield tworzą metal bardziej alternatywny. Co nie zmienia faktu, że pomarzyć można, że Korn nagra jeszcze kiedyś krążek, który wyrwie głośniki z ram.

 

Będąc szczerym sam byłem zaskoczony faktem, że to już 14 album. Już ta liczba pokazuje, że Korn wydaje płyty regularnie, nie pozwalając słuchaczom na dłuższe oczekiwanie w niepewności. Dlatego też możemy śledzić ich poczynania, słysząc jak idzie im muzyczna ewolucja.

 

 

I na koniec dygresja, którą nie raz już wspominałem w poprzednich recenzjach, ale wydaje się warta ciągłego powtarzania i bycia swoistą mantrą. Zasadniczo ten i poprzednie albumy Korn, były by o wiele lepsze, gdyby nie to jak kastruje się brzmienie zespołu w post produkcji. I czy ktoś chce wierzyć czy też nie, to tak naprawdę nie jest wina zespołu a producentów, menagerów i wszystkich, którzy „opiekują” się zespołem, by dobrze wypadał w ówczesnych trendach.

 

Dowodem na to może być granie zespołu na koncertach, gdzie te same utwory z płyty, brzmią o niebo lepiej ze sceny, gdyż chłopaki nie boją się tam włączać efektów z dawnych lat. I to daje się odczuć, chociaż wewnętrznie czuć smutek, dlaczego tak nie może być na płycie? A no nie może być bo showbuisness to jak sama nazwa wskazuje biznes. Muzyka jest produktem który musi się sprzedać. Normalizacja dźwięków jest wymuszona po to, by więcej młodzieży sięgło po albumy. A wiadomo, że dziś młody odbiorca jest bardzo delikatny i takie decybele jak na Follow The Leader czy Issues czy, ostatnim albumie na którym daje się to odczuć, Take A Look In The Mirror, mogłaby podlotka wystraszyć i zniechęcić.

 

Więc z jednej strony mamy zabiegi które mają przyciągnąć nowego słuchacza, atakowanego codziennie mdłą i ostrożną papką z radia a z drugiej obserwujemy zabieg „wypatroszenia” tego co w Korn najlepsze.

 

Serio, posłuchajcie sobie tej płyty, potem włączcie coś z pierwszych dokonań a następnie wróćcie do Requiem i zastanówcie się jakby ta płyta brzmiała gdyby zastosowano tam gitary, bass i perkusję sprzed 2005 roku. Gwarantuję, że ten i ostatnie dwa krążki miały by zupełnie inny smak.

 

Tak więc jest niedosyt, ale jednocześnie Requiem trzyma dobry poziom jakości. I jeśli przymknąć oko na to co napisałem wcześniej, to należy zespołowi pogratulować, że uraczył nas taką muzyką w czasie gdzie nastąpiła wielka muzyczna posucha.

Premiera – 4 luty 2022

1. Forgotten 3:17

2. Let the Dark Do the Rest 3:40

3. Start The Healing 3:28

4. Lost in the Grandeur 3:50

5. Disconnect 3:26

6. Hopeless and Beaten 3:59

7. Penance to Sorrow 3:20

8. My Confession 3:34

9. Worst Is on Its Way 4:03

10 I Can’t Fell 3:11 (Japanese Bonus Track)

 

Jonathan Davis – vocal

James 'Munky’ Shaffer – guitar

Brian 'Head’ Welch – guitar

Reginald 'Fieldy’ Arvizu – bass

Ray Luzier – drums

Produkcja – Chris Collier, Korn

Full cover