Ale to już było….Cz.1

with Brak komentarzy

Zdaję sobie sprawę z tego że podobno najlepsze radio w Polsce i nie mówimy tutaj o toruńskiej rozgłośni, ma swój odrębny kanał YT pod nazwą „Gdzieś już to słyszałem”. Mało tego, raz wykorzystali moje spostrzeżenie, ale nawet słowem się nie zająknęli, że przesłałem im propozycję, co mieli zawsze w zwyczaju.

Biorąc jednak pod uwagę fakt, że nie śledzę ich często, a z tego co widziałem skupiają się na pokazywaniu kawałków, które są kopiami i tak skopiowanych utworów. Do tego dawno nic nie publikowali, co również działa na moją korzyść. Dlaczego? To proste, bo jeśli ja pokażę coś pierwszy a potem prześlę im tę propozycję, nie będą mogli się wyprzeć, że to propozycja widza. A przesłać im wypada, bo i tak ktoś to podłapie i wyśle, więc w zasadzie wyjścia nie ma. Z tym, że mnie ten program mało smyra po synapsach i wolę się skupić na tym co sam odkrywam, a często to co wywlekam na światło dzienne, nie podoba się dziennikarzom muzycznym. Największym tego dowodem był mój artykuł na blogu pod nazwą Największy (S)hit tego lata.

 

 

Ale to przeszłość, skupmy się bowiem na tym co dzieje się obecnie. W ostatnim czasie rzadko słucham radia. Jeśli już odbieram jakieś dźwięki to skupiam się na muzyce z oryginalnych płyt i audiobookach. Jednak zdarza mi się włączyć odbiornik, czy to w domu czy w samochodzie i….przeważnie trafiam na coś ciekawego, co wcale nie jest takie nowe i świeże. Tak też było w tym przypadku, który wziąłem na tapetę jak i w wielu innych. A że czasem się zdarza, że coś nowego odkrywam, pomyślałem, że założę nowy, nieregularny ale za to ciekawy cykl o nazwie „Ale to już było…”. I to jest pierwsza jego odsłona.

C-Bool czyli Grzegorz Cebula, to jak podaje Wikipedia, polski DJ i producent muzyczny. Pod tym pseudonimem działa od 2003 roku i od tamtej pory tworzy swoje utwory i pomaga innym artystom ze swojego nurtu muzycznego. Jego poprzedniej twórczości nie znam i poznawać nie zamierzam. Jednak z pewnością jest mi znana kiedy byłem w miejscach publicznych i słuchałem tego co leciało z głośników, a najczęściej to rozgłośnie typu RMF, Zet, Eska itp. Stałem się więc nieświadomym słuchaczem produkcji C-Bool.

 

Tym razem było trochę inaczej. Dwa miesiące temu kiedy musiałem wstać w nocy do pracy, tak dla zapełnienia czasu, w drodze do firmy włączyłem radio samochodowe. A że o tej porze często bywam jeszcze zombie, to nie mam ochoty na ciężkie łojenie, tylko chce posłuchać czegoś przy czym nie trzeba myśleć. Tak więc nastawiłem skalę na regionalną rozgłośnię i traf chciał, że akurat puścili DJ Is Your Second Name….

O dziwo jakoś milej się przy tym jechało, wpadło w ucho od razu. Jednak jak to bywa w większości przypadków jednym uchem wleciało, drugim wyleciało i pamięć RAM w mojej głowie została uwolniona. Następnego wczesnego ranka sytuacja się jednak powtórzyła. Już wtedy zaczęło mi w głowie świtać, że coś jest nie tak, ale skupienie na sprawach bieżących sprawiło, że nie zająłem się tym i ponownie uwolniłem głowę od takiej błahostki, jaką jest kolejny hit w radio, które będzie to młócić całe lato i pewnie następne też.

Trzeci ranek z rzędu a ja znowu słucham radia i leci…W zasadzie jakbym na ten kawałek czekał. I wtedy pojawiło się…Swędzenie w głowie. Procesy myślowe, które z siłą młota pneumatycznego wszem i wobec biły niczym dzwon Zygmunta, że coś tutaj jest bardzo nie tak. Wiedziałem już że ja to znam, że to co słyszę to na pewno nie jest pomysł tego który stworzył te dźwięki. Tylko, że z miejsca pojawił się strach, że jak nie rozgryzę tego szybko, to znowu będę się męczył tygodniami zanim odkryję z czego jest to zżyna.

 

Na pomoc przyszła technologia. Włączyłem w smartfonie rozpoznawanie dźwięków i za moment miałem na tacy kto jest autorem piosenki, jaki jest tytuł, okładka i…gdzie mogę kupić ten utwór (a to dobre!). Wklepałem tytuł w serwisie YouTube i….kilka odkryć. Po pierwsze to polski twórca, po drugie DJ Is Your Second Name wrzucił na swój kanał 26 kwietnia 2017 roku i przez niedługi czas nabił ponad 15 milionów odtworzeń! A co ciekawsze w momencie kiedy to piszę jest ich już dokładnie 24 086 531! Kiedy Ty to czytasz możliwe, że kolejny milion pękł jak bańka mydlana.

Co mnie zaskoczyło? Co sprawiło, że odkryłem, że coś jest nie tak? Po trzecim odsłuchaniu już miałem pewność. Po pierwsze za łatwo wpadło w ucho. Nie ważne czy to jest metal, disco polo, jazz czy blues. Jak coś już kiedyś było i ktoś sprytnie to przemyca to do nowej odsłony, to umysł akceptuje to jako bezpieczną strefę i czuje się komfortowo. Bo niby coś odkrywa, ale jednocześnie czuje że to sfera w której jest od lat. I to mnie uderzyło, tylko przede mną było jeszcze najtrudniejsze, mianowicie odkrycie tego co C-Bool wykorzystał w tym numerze.

 

Puściłem sobie na cały regulator początek utworu i pauza. Następnie zanuciłem to sobie sam i…..aż się zaśmiałem. No nie, to aż tak proste? Aż nie mogłem uwierzyć, do momentu aż wpisałem w YouTube nazwę artysty i utworu. Za chwilę miałem przed sobą twarz Freddiego Mercury’ego deklamującego pierwsze wersy Living On My Own. Ta sama linia melodyczna co w super hicie Eski, RMF i innych próbujących je naśladować stacjach radiowych.

W tym momencie aż mną targnęło. Poczułem złość i bezsilność, bowiem jak do ciężkiej cholery można robić coś takiego? To powinno być karalne, powinien się tym zająć ZAiKS i wszystkie instytucje zrzeszające artystów. Ja rozumiem wiele ale trzepać nie mały hajs na twórczości lidera Queen i to w tak bezczelny sposób, to według mnie gruba przesada. No ale dobra, nie zmienię tego i moja opinia na niewiele się zda. Jednak wiedziałem, że nikt mi nie zabroni wyrazić opinię na ten temat.

 

Jednak to nie koniec bo dalsza część utworu również nie dawała mi spokoju. A odpowiedź na pytanie przyszła równie szybko jak na pierwszą część zagadki. Po chwili kiedy rozbrzmiały dźwięki utworu Love Story grupy Wilki, król został nagi! Swędzenie ustało i zastąpiła je satysfakcja, która równie donośnie jak wspomniany wyżej dzwon Zygmunta krzyczała „Mam Cię”!

Pokazałem tę zżynę moim znajomym, każdy przyznał że faktycznie. Do tego nastąpiła refleksja, że przecież to leci w radiu kilka razy dziennie. Podoba się i tak dobrze wpada w ucho. Teraz już wiedzieli dlaczego. A ja mając potwierdzenie mojej tezy, pokazuję to tutaj by każdy mógł się przekonać o tym sam.

 

 

 

I tutaj kilka słów skierowanych dla dziennikarzy radiowych, didżei i znawców, którzy sami się tak przedstawiali kilka lat temu, kiedy komentowali mój artykuł o Get Lucky. Jeśli przypadkiem tutaj trafiliście i nagle okazało się, że znowu ten KornFanHead wywlekł na światło dzienne coś o czym do tej pory rozmawialiście pokątnie w swoich biurach, to wiedzcie parę rzeczy. Każdy komentarz w stylu „Huja się znasz” i jemu podobnie, bardzo chętnie poczytam, przyjmę i pięknie je zignoruję. Bo jeśli ktoś uważa, że to nie jest zżyna i profanacja, to niech idzie do lekarza od uszu. Szczególnie kiedy jest cenionym i znanym pracownikiem mediów muzycznych.

To że ktoś chce żyć z muzyki nie jest złe, to że w muzyce wymyślono już wszystko, to nie znaczy, że można tak profanować twórczość klasyków. Ciekawe zresztą co na to sam zespół Wilki, ale spokojnie, konfidentem nie będę, pewnie i tak sami się do tego dokopią. Co najbardziej urągające, to fakt, że ten kawałek został wypuszczony jako hit wakacji 2017 i jego emisja była pewnie w każdym klubie od Świnoujścia po Ustrzyki Dolne. A wielu słuchaczy jest nieświadomych, że te linie melodyczne to dzieło wielu innych muzyków, którym C-Bool może co najwyżej podeszwy lizać.

 

I by nie było, nie mam do C-Bool nic, bo pewnie jest dobry w swoim fachu, ale popełnił jeden niewybaczalny błąd w swojej karierze, myśląc pewnie że „A co tam, nikt się nie zorientuje, bo kto pamięta o Mercurym i przecież linia z Wilków to jest w środku numeru”. A jednak trochę się pomylił i jak słychać, sztuka kamuflażu nie wyszła.

Tak wiem, że pewnie znowu będę pod gradobiciem super znafcoow i tym podobnych. Ale podobnie jak kilka lat temu zdania nie zmienię, negatywne komentarze będą dla mnie jak młyn na wodę. Bo to pierwsza część cyklu, a w przyszłości pojawią się kolejne.

Miłego słuchania!